Kielich poprawiony

Rano wstałam. Przyjrzałam się kielichowi i dokonałam poprawek w kierunku „motylim”, tj. by całość przypominała motyla wtopionego w kielich i uwiązanego na łańcuszkach. Przypatrzcie się dobrze. Daję trzy fotki na różnych tłach. Mam w głowie następne kielichy z całymi stadami różnokolorowych motyli. 🙂

Reklamy

Komentarze 42 to “Kielich poprawiony”

  1. Sfirex Says:

    Pani Mirosławo czy Pani wie, że wypowiadam się tylko na Pani blogu? Dzisiaj nawet pomyślałem żeby znaleźć inne miejsca do dyskusji,ale się nie da. Większe fora to skupisko wielokrotnie większej ilości osób toksycznych, którzy nie rozmawiają, lecz ze sobą walczą na noże. Pewnie jak trafię kiedyś na forum Witelona to będę miał z kim pisać, ale na razie pozostaje Pani blog i koledzy, którzy odpisują (Pan Profan, ostatnio też Pan Nikodem).
    Pani motyl przypomina mi wulkan, z którego wypływa lawa.

    Poza tematem dodam krótki tekst, który może sprowokuje kogoś do dyskusji:
    Od kiedy wydaje ci się, że istnieje świat duchowy, w którym jesteś częścią większej świadomości, w której żyją anioły i awatary (nie tylko chrześcijańskie, ale każde), o którym tyle się mówi? Tak zwani naoczni świadkowie niestety kłamią lub kłamstwem jest sam świat nazywany duchowym. Dlaczego? Przykładem, który potwierdza życie po życiu jest ten, w którym człowiek (np. wtedy, kiedy jest w śmierci klinicznej) jest świadkiem spotkania z istotą światła, która to istota pokazuje mu/jej wszystkie ich złe uczynki i nagle te osoby doznają zrozumienia swojego życia. Zgadzasz się, że to ważny przykład?! Ja też ale mam z tym logiczny problem. Dlaczego anioły pokazują jedynie złe uczynki względem ludzi?? Dlaczego nigdy nie słyszałem, aby ktoś oglądał swoje złe uczynki względem zwierząt – nie tylko tych złożonych jak psy, krowy, (które się przerabia na kotlety), kurczaki (na rosół), ale też tych malutkich jak mrówki, żuczki, mszyce, stonki, (czyli też te uznane za szkodniki)?? Dlaczego też anioły nigdy nie pokazują jak cierpią przez nas rośliny kiedy łamiemy je, palimy na opał i dewastujemy zieleń?? I na koniec, dlaczego nie ważne jest dla nikogo cierpienie rzeczy (no nie krzyczą, nie proszą, nie skomlą), – co jeżeli mają duszę?? Jakieś te anioły są niedoskonałe i ich pojęcie na temat dobra i zła jest bardzo zwięzłe. Czy to czasem nie oznacza, że nikt z jasnowidzów, czy biorących psychotropy, czy guru, czy joginów, czy innych, tzw. mistrzów, tak naprawdę wie bardzo dużo o świecie astralnym,ale nadal nie wie czym jest dusza? Właśnie tak mi się wydaje.

  2. Aszera Says:

    To porównanie z wulkanem i lawą nawet mi odpowiada, bo nieraz rzeczywiście, czuję wypływ energii i „coś”
    popycha mnie do działania, jak wczoraj, kiedy mimo gwałtownych potopów od czasu do czasu m u s i a ł a m iść do sklepu, kupić kielich i natychmiast zacząć go ozdabiać. Tego rozumowo uzasadnić się raczej nie da. Z wierszami podobnie. Nieraz piszę i m u s z ę napisać, a nieraz – o teraz, np. – w ogóle wierszy we mnie nie ma. I nawet gdy próbuję coś zrymować – nie wychodzi. Grecy to pięknie objaśnili inspiracjami Muz. Od natchnienia blisko do tchnienia – boskiego. Wszystko to – jak by nie nazwać, związane jest z energią i mikroświatem. Nasze zmysły i nasz rozum są zbyt toporne, by oddać istotę rzeczy. Jesteśmy ślepi i głusi oraz niemi. Niektórzy z nas – Budda, Jezus, dochodzą o wiele wyżej i próbują to nam przekazać. My, tj. zwykli ludzie, interpretujemy to jak potrafimy czy jak nie potrafimy i wychodzi jak wychodzi…
    Pozdrawiam.

    • zwykły profan Says:

      A mi po przeczytaniu informacji o motylu i potrzebach przypomniał się film „Motyl i skafander”, Motyl w tym filmie to dusza, skafander to ciało, możliwe jest dotarcie do pierwszego tylko i wyłącznie po wyłączeniu drugiego, czyli po potężnych perypetiach. A po za tym talent to DAR, uważam za mało jest rozmów o utalentowaniu, a talenty są czyste, nie zafałszowane.

  3. Sfirex Says:

    Chciałbym rozwinąć Pani ostatnią myśl na swój sposób. Budda, Jezus, Lao Tsy, Konfucjusz żyli skromnie, potrafili obejść się bez materii. Ale nie potrafili obejść się bez uczniów. Każdy z nich, na swój sposób, tworzył szkoły z lojalnymi słuchaczami. Prawda, że tak było? No właśnie. Jak dla mnie stanowiło to początek niewolnictwa religijnego, kiedy to ludzie bezwarunkowo wierzą autorytetowi, którego (bo to prawie zawsze jest facet) gloryfikują w imię nowej wiary, nowego wyznania. Nawet jeśli uczniowie Buddy czy Lao Tsy pytali o coś swojego Mistrza to tylko po to żeby uzyskać stu procentową prawdę (objawioną?). Nic w nich, lub prawie nic nie było inwencji twórczej. Dopiero następne pokolenia uczniów zaczynały analizować teksty, jednak nadal pod dyktando Mistrza (zaczęły powstawać odłamy, które i tak wyznają tego samego człowieka).
    Jednym z moich małych celów w tym życiu jest to aby było jak najmniej uczniów, a jak najwięcej mistrzów. Kiedy człowiek staje się uczniem, moim zdaniem, staje się niewolnikiem jakiejś doktryny (jak powyżej: nawet zmieniając ją czerpie wodę wiedzy z tego samego źródła). Wolny człowiek zawsze jest mistrzem swojego życia – nie z nazwy, ale ze zrozumienia.
    Na koniec kilka motywujących zdań:
    Nie patrz tam! – Przecież każdy tam patrzy. – Dlatego tam nie patrz.
    Pomyśl ile życia tracisz na udowadnianie czyiś teorii i różnych autorytetów.
    Dlaczego nie doceniasz tego, że to na co patrzysz (cokolwiek) to nie jesteś ty – z drugiej strony jak dużo wiesz o tym/tych na których codziennie patrzysz a jak mało o sobie.
    Życie, które uważa, że nic nie znaczy i ma rację nie istnieje, bo nie znamy naukowo, ani religijnie,ani filozoficznie NIC – zawsze jest coś, dlatego jesteś czymś, materią, którą możesz ukształtować w coś o czym marzysz, nigdy w nic.

    • zwykły profan Says:

      Panie Sfirexie cieszy mnie że zaliczył mnie Pan do swoich kolegów. Biorąc pod uwagę okoliczności, w tym mikroświecie tj, Pan sympatyk Wolnomularstwa, Profan jak mogę tylko, korzystający ze swoich praw bez ograniczeń. Rzekłbym że Wolnomularstwo nie wytrzyma takiej mieszanki. Pewne rzeczy zostały zdefiniowane, tj pojęcie uczeń. Zazwyczaj kojarzony jest na początku ze szkołą, najpierw podstawową gdzie wchodzi w tryby procedur jest z mniejszą bądź większą przyjemnością, kształcony przez kogoś, nałożony program, porównałbym do niewolnika. W pewnym mentalnym sensie jesteśmy uczniami swoich rodziców, później pasji, namiętności. Wolnomularstwo szuka ludzi „gotowych” do wstąpienia na nieznaną do końca drogę. Gotowość świadoma lub nie jest kluczem. Rozważam i analizuję tylko jedną relację, pewnie pojawią się też inne ale, Mistrz – uczeń, tj Jezus i uczniowie, część ich relacji opisana jest w książce „Oczami Jezusa”. Istnieje jeszcze jeden element składowych, kondycja osoby która rozważa poznawany temat. Ale od początku. To nie było przede wszystkim wybranie na uczniów, kogoś nad jeziorem, innego w łodzi, itd. Oni byli „gotowi”. Piotr, przyszły pierwszy papież zostawił żonę zanim poszedł za NIM, rzecz niewyobrażalna patrząc z perspektywy. Dlaczego został wybrany Judasz, niesamowicie targany namiętnościami? Młodzi chłopcy, pełni entuzjazmu do życia, Jakub i Jan, dlaczego logiczny Tomasz? Jeden z nich był poborcą podatków, znienawidzony zawód, a jednak zostawił to. Późniejsi uczniowie Nikodem, faryzeusz spotykający się z Jezusem bez wiedzy Sanhedrynu. Myślę że każdy z przyszłych Uczniów, w swoim życiu, na swój sposób był w
      „gotowości”. Jest pewien element składowy tej konkretnej relacji Mistrz – Uczeń. Mistrz umie patrzeć na rzeczy takimi jakimi są, uczeń nie. Po czasie i przygodach ta relacja się zmienia, mówi o tym Jezus: już was nie nazywam sługami, ale „przyjaciółmi”, i wiele wiele razy zwraca się do napotkanych osób per ‚przyjacielu”. Ta relacja ich wszystkich zmieniła, przeszli dramatyczną przemianę myślową, prawie wszyscy później zginęli. To z czego większość chrześcijan nie zdaje sobie sprawy to realia ówczesnej religii żydowskiej. Synagoga była miejscem dyskusji czego już dzisiaj nie ma głównej części Kościoła. Dlatego Jezus często naucza w świątyni. Kapłani byli urzędnikami, cześć kolaborowała, i wreszcie realia religii, uczniowie zrywają do jedzenia kłosy w szabat, dla powierzchownych ludzi przepis, prawo wydaje się świętością, a Jezus mówi że nią nie jest. I pojawia się oburzenie. Itd itd.
      Nie wiem czy przejdę kiedykolwiek chociażby ćwierć drogi którą oni przeszli z Nim. Zobaczę.
      Pańskie Mistrz rozumiem własnie w taki sposób, widzieć rzeczy takimi jakimi są, bez zafałszowania. Czy to właściwe to rozumiem?

  4. Sfirex Says:

    Ma Pan bardzo racjonalne,mądre zdanie na ten temat. Rozumiem Pana w ten sposób, że jakbym teraz postanowił malować obrazy to jako, że w ogóle nie potrafię malować czy rysować, to potrzebowałbym nauczyciela, który wskazałby mi jak układać pędzel!? Prawda, że o to właśnie Panu chodzi?
    Pochwaliłem się niedawno, że napisałem dużą ilość teorii dotyczących fizyki. To nie mój pomysł. Kilka lat temu odkryłem astrofizyka aryjskiego (z północno – wschodnich Indii) o imieniu Lato, który powiedzmy, że wskazał mi swoją monumentalną pracą (pt. Surjasiddhanta) w jakim kierunku powinienem pójść (pokazał jak układać pędzel). Jednak przez to, że moja praca ewoluowała, zacząłem pisać po swojemu, ze swoimi pomysłami, mam swój styl. Czy Lato jest moim mistrzem? Czy jego wkład w moje życie jest taki jak mistrza wobec ucznia? W trzecim akapicie odpowiem.
    Już kilka miesięcy temu o tym myślałem. Jeżeli podejmujesz coś (zadanie, wyzwanie, nowy cel) w życiu to choćbyś trzymał się nauczycieli na odległość ręki czy głosu, to i tak interpretacja ich myśli, w Twojej głowie, będzie tylko Twoja, i tylko od Ciebie zależy czy to opiszesz, wypowiesz, stworzysz, czy jednak będziesz opisywać, wypowiadać, tworzyć tylko jak kopia mistrza czy mistrzyni. To jest niewolnictwo ucznia, o które mi chodzi. A według mnie uczeń z założenia poświęcając się czemuś staje się mistrzem (małym mistrzem), a potem, w trakcie rozwoju będzie rósł jak pieczywo (skojarzyło mi się teraz z Jezusem, który powiedział, że jest chlebem).
    Co do wolnomularstwa to wiem, że najpierw się jest uczniem. Ale według powyższego to tylko nazwa, a nie świadomość.

  5. zwykły profan Says:

    Tak, niedoceniane podstawy. Bez nich ani rusz. Nie jednokrotnie się o tym przekonałem w życiu. Warto zauważyć, żaden z nas nie uczy drugiego, chociaż być może coś w tym z uczenia się jest, ale przede wszystkim wymieniamy się przemyśleniami, doświadczeniami. Potwierdzam taki nauczyciel nie zabija w człowieku jego zdolności, ale może je widzieć, może je odsłonić, szanować. Talent jest po to aby rodził nowe rzeczy, rozwój, pomoc, pieniądze na życie. Jest też taka prosta prawda, wydaje mi się, że rozwijanie się, może zaistnieć w kręgu ludzi o podobnych zainteresowaniach, to bardzo ważna rzecz.
    Ja bym rozwinął jeszcze jeden wątek. Czy mistrz – specjalista w konkretnej dziedzinie jest mistrzem – w byciu człowiekiem? Myślę że warto dążyć do bycia jedną osobą a nie dwoma, specjalistą i człowiekiem dobrym bądź nie. Myślę że dobry nauczyciel to rozumie. Myśle że dobry nauczyciel widzi człowieka i jego talenty. I rozumie że drugi człowiek jest niezależny. Myślę ze pierwszy Mistrz w życiu każdego człowieka, powinien pomóc odkryć to że jest się „sobą”,a nie jakąś wersją Barbi lub Kena.
    To jest ciekawe co Pan Pisze w tej drodze rozwijania własnego stylu. Na to też wskazuje Jezus, co prawda odnosił się do zupełnie innej rzeczy, ale ja widzę tutaj też wątek rozwoju, mówi: owszem będziecie czynić to co ja czynię, ale i większe zrobicie, bo ja idę do Ojca.Czyli jest to droga uczenia się, droga rozwoju. Piszę o Nim, bo On rozumie że uczeń może zrobić rzeczy „większe”. I w Jego mniemaniu nie ma w tym nic nadzwyczajnego, ale ten dziwny świat stał się areną w wyścigu. Większość facetów ma podobne fryzury, moda na markę ubrań, moda na wykształcenie, popieranie określonej opcji politycznej, jest to kult bycia zależnym. Zależny od papierosów, Od kredytu. Itp, itd. Może Pana zaskoczę, a może nie, kiedyś zadano pytanie Matce Teresie, co według niej było najważniejszym wydarzeniem w ostatnim czasie (, dekadzie, nie pamiętam dokładnie) odpowiedziała „Ta rozmowa”. Słowo Mistrz, rozumiem jako bycie sobą, ale myślę też ze to Pańska droga rozwijać to słowo i pojęcie zarazem. Dlatego z ciekawością posłucham.

    Co do przeróżnych objawień w których nie ma zwierząt i mowy o tym jak powinno się je traktować, zastanawiałem się nad tym, ponieważ sporo czytałem różnych objawień z „własnego podwórka”. Przypomniałem sobie zbiór, to jest świeża rzecz, przywędrowała z Australii, nie wiem czy to Pana usatysfakcjonuje, ponieważ przekaz jest trochę inny. Tego samego zresztą autora, którego książkę wcześniej wspomniałem. Jest to zbiór objawień, przypadkowych, nikomu nie znanych ludzi w sytuacjach które im sie przydarzyły, w których nie rozpoznali że jest przy nich Bóg, a jednak jak sam twierdzi był. Autor miał objawienia różnych ludzi, w różnych epokach. Jedno było takie, najprawdopodobniej anonimowa sytuacja z xx wieku. Chodziło o kogoś samotnego, nie pamiętam już dokładnie, być może był to narkoman, którego jedynym przyjacielem był pies. Ten młody chłopak w zimną noc postanowił się zabić własnym nożem. Trzymając nóż rozważał tą decyzję, był zdeterminowany, ten pies tutaj jest pokazany jako myśląca istota, ponieważ jest podkreślone że pies zauważył że coś złego chce zrobić sobie ten człowiek, i chyba zaczął mocno szczekać. Ale to nie zmieniło decyzji tego chłopaka i mocnym ruchem skierował nóż w swoją stronę i nie przebił się. Przebił ciało swojego psa, który zrobił w ostatniej chwili jedyną rzecz jaką mógł zrobi, ratując tamtego człowieka, przyjaciela w jego desperackiej decyzji poświęcił siebie. To widzenie pokazuje psa jako rozumną, współczującą istotę. Ten pies zginął, a chłopak był w szoku. Taką jedną rzecz znalazłem z pamięci. Jest to oczywiście dla tych którzy chcą wierzyć.
    Pozdrawiam Sfirexie.

  6. Sfirex Says:

    Warto żebym napisał dlaczego jestem wrogiem założenia Mistrz – Uczeń. To nie tylko filozofia, ale też spostrzeżenie z życia.
    Na przykład nauczyciel/ka. Bardzo chciałbym żeby wszyscy nauczyciele szkolni odpowiedzieli mi na dwa pytania:
    1. Czego mnie nauczyłeś/aś?
    2. Czy w ogóle chciałeś/aś mnie uczyć?
    Obecnie jestem załamany systemem szkolnictwa (także wyższego). Ciężko jest mi pogodzić stracone lata na wkuwaniu rzeczy, których wcale już nie pamiętam, z tym kiedy dziesięć lat temu sam zacząłem się uczyć. I jeszcze podpieranie tych „autorytetów” przez rodziców i starsze osoby.
    Drugi przykład dotyczy mentorów duchowych. Padają pewne stwierdzenia:
    1. Nie rozumiesz tego, bo jesteś niedojrzały duchowo,
    2. Osiągniesz to tylko kiedy się obudzisz,
    3. To jest tylko dla prawdziwie obudzonych, a to jest tylko dla wybitnych,
    4. Mówią, że nie mam racji, bo śpią, a my obudzeni wiemy, że mam rację.
    I jeszcze to co mnie w tych ludziach najbardziej irytuje. „Piękny Świat duchowy,tu wszystko można, wszystko wiesz, Kundalini” i inne, ale pamiętaj, że trzeba chodzić na moje wykłady za stówkę, które odbywają się w weekendy w sierpniu i środy i czwarty we wrześniu. I nie zapomnij wpłacić pieniążków i wysłać potwierdzenia… A teraz przejdźmy do medytacji.
    Jest pełno takich nauczycieli, mistrzów, guru, we wszystkich dziedzinach – jak mam ich szanować?
    Co tym myślisz Profanie i co myślą inni czytelnicy bloga Pani Mirosławy?

  7. Sfirex Says:

    Zauważyłem, że nad ranem w ogóle nie odniosłem się do Twojej wypowiedzi, chciałbym to zrobić teraz.
    1. Moje zdanie wcale nie jest najważniejsze – nawet dla mnie – dlatego staram się jak mogę aby niczego nikomu nie narzucać, aby nie pouczać, aby przez to dowiedzieć się jak najwięcej jakie inna osoba ma zdanie i zrozumieć. W mojej ideologii najważniejszym założeniem jest to, że każdy Kon (osoba z tego kraju) ma tworzyć życie takie jakie mu/jej odpowiada, nigdy takie jak odpowiada mi czy komukolwiek innemu. Kon ma dopasować życie do siebie, a nie dopasowywać się do życia. Pomimo tego, że wymyśliłem np. język czy system liczbowy dla kraju to nie jest to ani standard, ani przymus, a wręcz przymusem jest by inny Kon wymyślił/a coś co sam nazwie językiem czy systemem liczbowym. Rozmarzyłem się.
    2. Wydaje mi się, że, szeroko rozumiany Mistrz, to tylko osoba, która coś posiadła, czego inni nie znają, a chcieliby poznać i dlatego przy Mistrzu lub Mistrzyni przebywają. Nic więcej ich nie łączy. Dopiero z czasem jak tajemnice zostają w pełni, lub po części ujawnione, wtedy te osoby zaczynają się przyjaźnić. Niestandardowa sytuacja, w której kogoś bym nazwał Mistrzem, to dwoje moich Przyjaciół. Ale oni nie mają żadnych z cech z powyższego przykładu. Ich mistrzostwo polega na tym, że uważam ich za lepszych ludzi od siebie (lepszych w tym, że są tak dobrymi ludźmi). Ale nie mają tajemnic, którymi by mnie kusili i nie są geniuszami, nie są bogaci, po prostu są dobrzy.
    3. Trochę się powymądrzam. Matka Teresa pomagała w Indiach. Według tamtych religii („tamtych” bo jest ich kilka – może z pięć głównych), najważniejsze jest aby osiągnąć stan tu i teraz. Jedynie ten stan daje spokój, orientację w życiu, oraz w końcu człowiek rozumie czego doznaje. Co do rozwijania teorii Mistrz – Uczeń to mam pewne przemyślenie na ten temat. Od kilka lat zastanawiałem się czy jestem wyjątkowy (w końcu tworzę tysiące teorii i inne ciekawostki). Zrozumiałem ten stan. Jestem kreatywny, ale nie byłem jeszcze oryginalny (i wcale do tego nie dążę): teorie dzięki Lato, kontemplacje to poddane krytyce już istniejące założenia, pozostałe: gry, pomysły większe i mniejsze opieram na nowatorskim spostrzeżeniu starego. Jeżeli mam punkt odniesienia to mam siłę, żeby go zmienić w cokolwiek. Jeżeli żyłbym w pustce to bym się stał pustką. (nieskromnie) – Jestem utalentowany, ale nie genialny. Opisałem to dlatego też, bo chciałeś Profanie porozmawiać o talencie. I dlatego, że kiedy zostanę sam z tematem Mistrz – Uczeń (lub z jakimkolwiek innym) to się wyczerpię jak bateria.
    4. Tutaj krótko napiszę, że staram się nie pisać o psychice zwierząt czy roślin (czy rzeczy),bo jeszcze do tego nie dojrzałem. Ale widzę już któryś raz, że lubisz zwierzęta.

    Zacząłem pisać na „Ty” mam nadzieję, że Ci to nie przeszkadza. Jeśli jednak jest problem to wrócę do per Pan.
    Pozdrawiam.

    Pani Mirosławo czy Pani przeszkadza, że tak sobie tutaj dyskutujemy? Zapraszam do wniesienia swojego kaganka do rozmowy.

    • zwykły profan Says:

      Jestem za zwracaniem się do siebie bez „Pan”. W ogóle to mam na imię Bogdan, ale możemy zostać przy nickach, takie prawa internetu. Jeśli chodzi o pierwszy Twój wpis, to identyfikuję się w stu procentach z pytaniami do nauczycieli? W większości trafiamy na zmęczonych i znudzonych nauczycieli, którzy wykładają wiedzę, nie potrafią uczestniczyć w formacji. Po prostu ogień w nich zgasł. Nie ma pasji, pasja jednych udziela się drugim, to byłaby formacja. Pamiętam nauczycielkę historii która przez 40 minut robiła wykład, bez zmiany nastroju w głosie, po czym większość była zmęczona samym słuchaniem. Jak dla mnie nauczyciel potrafiący pokazać swoją pasję podczas lekcji, byłby tym czego potrzebowałem w tamtym szkolnym czasie. Myślę że takich wspomina się dobrze po latach. Takich którzy zachęcali do wyciągania wniosków samodzielnie.
      Co do nauczycieli duchowych, jeśli chodzi o kwestię płacenia za rozwój, brzmi to co najmniej niesmacznie. Nie wyobrażam sobie Jezusa pobierającego opłaty za swoje nauki lub uzdrowienia. Wiem że nauczyciele o których piszesz, czy księża o których mogę mówić musza po prostu mieć pieniądze aby funkcjonować. Ale z pewnością nie takie sumy. Jezus mówi „darmo otrzymaliście (w założeniu mądrość, wiedzę, przyjaźń, wszystko to co potrzebne jest do mądrego życia), darmo dawajcie”. Zachęcam Cię do wyciągania wniosków z tych doświadczeń.
      Trochę się rozpisze o swoim Kościele, po prostu myślę że mam również pytania na które potrzebuję odpowiedzi, tak jak Ty.
      Od kilku miesięcy mam taki okres że w ogóle nie nie chodzę do Kościoła. Brakuje mi autentycznych świadków, takich osób w moim życiu którzy chcieliby żyć naukami Jezusa. Pan Nikodem nie dawno pisał o tym że jest zszokowany tym że chrześcijanie nie żyją nauką Jezusa. Myślę że to jest prawda. I gdy odwracam się za siebie to widzę że tak tez wyglądało moje życie. Piszę o tym ponieważ zrozumiałem że chcę znaleźć tą spójność, po między życiem a nauką. Czasami po prostu mówię na głos takie słowa „Jezu, kim jesteś, albo gdzie jesteś” i czekam, żyjąc poprostu czekam na odpowiedź.. Myślę tez o otwartości umysłu na to co może przyjść, abym potrafił to przyjąć.
      Napisałem tak dosyć szczerze o sobie. Bo myślę że w Twoich pytaniach są wątpliwości i są to słuszne wątpliwości. Nic więcej nie dodam, pewnie nie pomogłem, ale nie chcę Cię też popychać w drogę której sam nie rozumiem.

      Co do drugiego Twojego wpisu. Z pewnością jesteś utalentowany, napracowałeś się i to dużo. Gdy napisałeś nazwę mieszkańca Polski, we własnej nazwie, od razu pomyślałem dobry pomysł na powieść typu fantazy. Ale w stronę twórczości Tolkiena który stworzył wspaniały świat we Władcy pierścieni, nie jest to tylko baśń, jest tam pokazana walka dobra ze złem, pytania i odpowiedzi dlaczego zlo zaczyna wygrywać, determinacja jednostki skazanej na porażkę. takie życiowe po prostu. Dlaczego porównałem to z pisaniem, a Twoje założenia są inne. Sam od kilku lat układam w głowie pomysły na pisanie. Powoli się to we mnie rodzi i chciałbym w przyszłości napisac coś od początku do końca. Moim motywem przewodnim jest czlowiek w świecie przyszłości, dlaczego się gubi, jak może się odnaleźć. W takiej scenerii z nowoczesnymi gadzetami codziennego użytku.
      Zastanawiałem się nad Twoim opisem tego jak postrzegasz siebie przez pryzmat rzeczy nad którymi pracujesz. Pisze z perspektywy osoby która mało zna się na nauce. Mówię otwarcie, bo nie ma sensu improwizować w zaparte. Myślę że takie pytania muszą się pojawić, jeśli się napracowałeś, i jeśli dostrzegasz różnicę z innymi ludźmi. Nie masz łatwego zadania w rozgryzieniu tematu, a ja w tym momencie pozostanę mrówką w odpowiedzi. Widzę to tak, że na pewno masz swoją drogę, pokusy z pewnością się pojawią w byciu bystrzejszym od innych, ale myślę że życie takie pokusy prędzej czy później boleśnie weryfikuje. Mogę powiedzieć że dla mnie jesteś utalentowanym facetem z bardzo dużą inwencją twórczą. Kto z nas nie potrzebuje ludzi z którymi może działać. Człowiek nie jest samotną wyspą.

      Na sam koniec napiszę to co według mnie jest źródłem problemów w temacie Mistrz – uczeń. Tak z własnego przykładu. Jak to się u mnie zrodziło, i co myślę dalej. Myślę że pierwszym Mistrzem, nauczycielem, w życiu każdej osoby jest rodzic, czy się tego chce czy nie. Zrozumiałem to po latach. Na podstawie podobieństw, na podstawie pomocy w zrozumieniu pierwszych pytań i odpowiedzi. Temat rozwoju, wychowania, temat rzeka. Mój tata był surowym człowiekiem, miał też duży problem z nałogiem alkoholowym, dorastając nie myślałem o tym jako wpływającym na moje patrzenie, postrzeganie autorytetów, oraz samego Stwórcy.A jednak to się działo. I to zdecydowanie. Powstał u mnie wzór, nauczyciel jest surowy, oceniający zamiast wyrozumiały i cierpliwy. Jaki powinien być ten pierwszy w życiu Mistrz, nauczuciel, aby uzbroił nas w narzędzia potrzebne do życia, miłość, szacunek, wytrwałość, upór, przekonania i wiele innych. Powinien sam poznać tą drogę, bycia wrażliwym człowiekiem. Po to aby w życiu po prostu działać i być biegłym w rozpoznawaniu dróg dobrych i zagrożeń.
      Myślę że wszyscy wyznają „jakieś” wartości, i wlaśnie w tym słowie „jakieś” mieści się jakość życia. Myślę że wybór wartości którymi możemy kierować się w życiu jest najważniejszym wyborem. Bo to jest budowanie domu na mocnych fundamentach. Być może ludzie dlatego wstępują do Masonerii, licząc na solidny fundament, czy tam go znajdą, nie wiem. Ja chce znaleźć spójność po między moim życiem a nauką ktorą chce wyznawać. To po prostu trzeba zrobić.
      Dużo się opisałem, mam nadzieję że przebrnąłeś.

  8. Aszera Says:

    Drogi Sfirexie. Nie przeszkadza mi zupełnie dyskusja na moim blogu, chociaż Panowie piszecie o sprawach, które nie przyszłyby mi nieraz do głowy. Jeśli chodzi o Mistrza i Ucznia. W masonerii tak mamy: Uczeń, Czeladnik, Mistrz, są procedury i rytuały, w które poszczególnie masoni czy masonki w pasowywują się. Nieraz im to idzie lepiej, nieraz gorzej. Są różni Uczniowie i różni Mistrzowie. Napatrzyłam się przez 25 lat i teoretyzować nie za bardzo lubię na ten temat. Jestem po prostu praktyczką. Wolę to praktykować niż teoretyzować. A w Waszej Panowie dyskusji każdy ma po troszę racji. Jeśli weźmiemy Wasze wypowiedzi razem, obraz się wypełnia po prostu. Każdy kładzie nacisk na inne aspekty. To wcale się nie wyklucza przeważnie. Pozdrawiam ciepło.
    Zauważcie, że mój blog wypełniają różne drobne życiowe czynności: jakiś wiersz, jakiś konkretny kielich, jakieś spotkanie. Ja snuję swoje opowieści wobec tych konkretnych przejawów mego życia. W wielkie uogólnienia zapuszczam się i owszem, ale nie za często. Moją maksymą jest: zanim zaczniesz zbawiać Ludzkość, wpatrz się napraw siebie. Po prost.

  9. Sfirex Says:

    Bogdanie, ja jestem Patryk. Cieszę się, że się tutaj, na Pani Mirosławy blogu, spotkaliśmy.
    Chciałbym się odnieść do dwóch spraw, które poruszyłeś.
    Zacznę od końca, tzn. od wiary, którą wyznajesz – będą to tylko pytania. Czy nie uważasz, że bliżej Ci do protestantyzmu niż do katolicyzmu? Czy kapłan, który ma żonę i dzieci, nie rozumie bardziej Twoich (ludzkich) problemów? Czy w kościele, w którym każdy się zna (nawet w dużych Kanadyjskich miastach), gdzie kapłan każdą owieczkę przed mszą wita dobrym słowem, a po mszy ściska rękę i pyta co tam słychać, nie jest tym czego szukasz? Czy kapłan, który z wszelkich datków od wiernych musi się rozliczać na piśmie przed wiernymi (chyba nawet w każdym miesiącu) nie byłby wiarygodny? Czy Dom Boży, w którym wierni znają się, często Przyjaźnią, pomagają sobie w sprawach prywatnych to ten Dom Boży, którego szukasz? Czy kapłan społecznik to Twój kapłan? Tak jest w Kanadzie. Czasem to pokazują na filmach, czasem w gazetach. Wyznają tego samego Jezusa, tylko w inny sposób. Nie krytykowałem katolickich księży – sam ich znasz – próbuję wskazać jedynie, że to czego szukasz jest, istnieje, zostało stworzone i czeka na Ciebie. Nie odbieraj tego też jako namowy do wyjazdu do Kanady, tylko jako informacji lub ulotki na interesujący nas temat.
    Druga sprawa to kim lub czym jest Jezus moim zdaniem (naukowo). Jezus nie jest ani figurką, ani obrazem, ani nie jest w piśmie, ani w sercu. Jezus to proces (a proces to za PWN: „przebieg następujących po sobie i powiązanych przyczynowo określonych zmian”). To znaczy, że nie chodzi o człowieka o tym imieniu, tylko o potrzebę, od której się wszystko wzięło. Człowiek mógłby nigdy nie zaistnieć. Ale w ludziach pojawiła się iskierka na to, żeby kierować się pewnymi, wtedy nowatorskimi, zasadami (nowatorskimi, bo to co nam się dzisiaj wydaje zwyczajne, choćby sto lat temu było dziwnym zachowaniem, tak samo wtedy). Nastąpił przełom, który nazwano w ten a nie inny sposób – równie dobrze można tamten okres nazwać Epoką Jezusową. Okazało się, że te wartości są uniwersalne i proces Jezusowy trwa. A lżej: wierząc w niego/w to, dokładasz z każdym dniem cegiełkę do tej budowli. Potrzeba budowania nie wyszła od jednego głównego architekta, lecz z potrzeby wielu ludzi.

    • zwykły profan Says:

      Patryku powiem szczerze że też się ciesze. Bo jeśli chodzi o Wolnomularstwo, które było moim głównym powodem zjawienia się tutaj, dawno straciłem nadzieję że Pani Mirosława cokolwiek więcej napisze.
      Kanada to ciekawy kraj, mam wujka który po wielu latach powraca z Kanady. Trochę się dorobił, nie jakichś kokosów ale trochę. Np ciekawostką jest to że tam przeglądy samochodów są na innych zasadach niż w Polsce, to jest liczy się emisja spalin, i nie ma corocznego technicznego przeglądu. To taki margines, ale myślę że świadomość organizacji społecznej przynajmniej w niektórych kwestiach jest znacznie bardziej rozwinięta. Pamiętam już ponad piętnaście lat temu ceny rozmów telefonicznych były naprawdę niskie, telefonii komórkowej, a u nas były drogie, trochę na zasadzie że jesli można oferować drogie usługi to po co oferować tanie usługi. Także z biegiem lat osiągnięcia z zachodu docierają także tutaj. Kanada to też domy nie zamykane na klucz, mała przestępczość. No ale to taka mała dygresja jak mówię. Można by coś powiedzieć o Wolnomularstwie, ostatnio całkiem przypadkowo znalazłem w internecie wspomnienia pewnego księdza z Kanady, który opowiadał że tam na przeciw Kościołów stoją Świątynie Wolnomularskie, np w 1968 roku w dobie rewolucji seksualnej, kanadyjscy biskupi ogłosili że encyklika Papieska który wszyła w tamtym czasie dotycząca życia, zwyczajnie w Kanadzie nie obowiązuje. Także taki wyraźny sprzeciw. Kanada interesujący kraj, wielu przemian, no i też buntu bo inaczej nie można decyzji episkopatu nazwać.
      Ale do czego zmierzam. Dlaczego napisałem o księżach, bo myślę sobie że bez powrotu do pierwotnego obrazu Kościoła, a przede wszystkim nauki Jezusa, my katolicy pozwolimy się traktować jak „dzicy’ w Nowym Wspaniałym Świecie. Co do pytań o księzy, uważam sensowne. Ciągle za mało jest świadectwa z ich strony. Nazwałbym to tak, czy życie drugiej osoby która wierzy w to samo jest pociągające? Bo to jest najbardziej słuszny sposób ewangelizacji.
      Piszesz Jezus- nie osoba, przyczyna. To ma sens o ile jest faktycznie obrazem iskry inspiracji, natomiast skłaniam się w kierunku konkretnej osoby. Wybrałeś wcale nie łatwą drogę. Ale myślę nie ma łatwych dróg. Czy wierzyć w szaloną sprawę – Bóg który stał się człowiekiem. W socjalizmie takie myślenie jest wydaniem na siebie wyroku. Ale nie jest to bardziej szalone, czyli większym zwrotem w myśleniu niż fakt obecne tendencje myślowe zmierzają do przekonania że człowiek jest celem ostatecznym. Tym czasem wszyscy umrzemy, rzecz niewiarygodna ale tak się stanie. Zobacz D, Rockefeller prowadził szaloną walkę o życie, podobno siedem razy przeszczepiał sobie serce, w różnych kręgach określany jako persona postawiona w samej elicie tajnych stowarzyszeń. Pewne fakty nastąpią, natomiast to co wypełnia środek po między nimi, to zależy od nas samych. Widzę że moje życie zmierza do zwątpienia w to co wierzyłem, ale myślę że chodzi tutaj o jakość, o to jak wierzyłem a nie o przesłanie. Czuję to wyraźnie. Ale też w tym trudnym okresie czasem mówię taką modlitwę, „proszę Cię o miłość do Twoich słów”. Czyli miłość do nauki jaką Jezus miał. Ot cała moja filozofia na ten czas.

      Jeśli piszesz o Jezusie nie jako osobie, to myślę sobie że w tym samym duchu nie wystarczająco przekonujące musi dla Ciebie być moje wcześniejsze pisanie o rodzicach jako pierwszym mistrzu, tak myślę że przyczyn inspiracji upatrujesz po za głównym obszarem myślowym.
      Piszesz o Jezusie jak o procesie organizacji społeczeństwa. Nazwijmy to nawet etapem. Jeśli przyjmę że ten etap trwał 2 tys lat, i teraz ustępuje, to pozostaje dla obserwatora pytanie – ustępuje i co odsłania, kiedy już go nie będzie? Nauki o Objawieniu nie przyjął narodowy socjalizm w Niemczech, międzynarodowy w Rosji. W imię wolności we Francji parlament wprowadził ustawę mówiąca o karaniu osób nazywających aborcję złem. Ciekawa bitwa toczy się we Wloszech, lekarka stanęła przed sądem tylko dla tego że ośmieliła się powiedzieć że homoseksualizm można cofnąć. Przyjrzyjmy się przemianom gospodarczym w Polsce po 89 roku – to był dziki zachód, pojąłem że Polska jako suwerenny kraj nie miała ani jednego procenta szansy na niezależność, mając takie elity jakie miała, i wszech obecne WSI. W tym skonfliktowanym świecie jakie widzisz szanse na pokój i szacunek? Załóżmy że Jezusa i Jego nauki nie ma, jak będzie wyglądał świat? Czy będzie tak wyglądał jak zaprezentowany jest w Nowym Wspaniałym Świecie, lub Roku 1984. Czy będzie lepszy? Istnieje pojęcie „mowa nienawiści”, w Kanadzie już w latach 90 tych, pojęcie to wprowadziła lewica, przywędrowało także do nas. Jestem ciekaw jaki świat widzisz w przyszłości?

  10. Sfirex Says:

    Jasnowidz (jako grupa wszystkich ezoteryków/czek), którym nie jestem, a który chętnie (za pewną opłatą) odpowiedziałby Ci na Twoje pytania, twierdzi/dzą, że wszystko jest tak jak powinno być. Co oznacza, że smutki, ale też radosne chwile w życiu, są idealnie dopasowane do Twojego i do innych życia. Nieważne jakie wydarzenie w historii, tak miało być, żeby teraz było jak jest.
    Aja uważam, że myślenie o przyszłości polecam traktować jako zabawę, coś co będzie przynosić uśmiech na twarz, jak niespodzianka urodzinowa. I nie chodzi o to, żeby trafiać w to co się wydarzy, lecz, żeby kreatywnie myśleć. Mózg też potrzebuje zabawy, a takie dywagacje o przyszłości bardzo go bawią (chyba, że się spinamy, zamiast się bawić).

    Ja też chciałbym poznać Twoje zdanie (i innych Państwa) na poniższe.
    Zauważyłem, że nikt z mojego otoczenia, ludzie, których znam czasem po 30 lat, niezależnie od wieku, nikt z nich się nie zmienia. Ludzie ci nabudowują na siebie nowe zachowania, wyrażają się inaczej, ale trzon pozostaje ten sam. Jeżeli ktoś był chamski/a, leniwy/a, manipulantem/tką, to rzadziej, ale wybucha to w pewnych sytuacjach, kiedy nie można ułożyć zawczasu „planu”.Założenie jest takie, że jacy się rodzimy, takimi umieramy. W każdym razie to jest JEDYNE oblicze ludzi. Uważam, że kiedy ja i moi znajomi odejdziemy w zaświaty, to będziemy tacy sami. To znaczy ktoś będzie dręczył, jako duch, innych żyjących, ktoś inny będzie ich okradał z emocji, ktoś będzie nimi manipulował. Czyli tak samo jak za życia tylko znajdziemy się w nowym otoczeniu z innymi prawami fizyki, i nowymi zdolnościami. Uważam też, że jeśli są kolejne przejścia, po astralu, a potem i po tym nowym i tak dalej, to my dalej jesteśmy tacy sami. „Dusza jest nieśmiertelna” dlatego warto poznać duszę drugiej osoby, żeby wiedzieć czego się po nim/niej spodziewać w każdym ze światów. Dobra dusza zawsze będzie dobra, zła zawsze zła.

    • zwykły profan Says:

      Uśmiałem się po przeczytaniu stwierdzenia „za pewną opłatą”, drobny acz ważny warunek w dyskusji.
      Dlaczego ludzie sie nie zmieniają? Psychologia twierdzi że istnieją przyzwyczajenia i przekonania, i po trzydziestym piątym roku życia takowe są ugruntowane, z wykładów z psychologii pamiętam. I z pewnością coś w tym jest głębokiego. Istnieją pojęcia takie jak metanoja, z nie mojego podwórka „oświecenie”, i pewnie wiele innych. Ogólnie to często do kina chodzę, mam takie zamiłowanie od ósmego roku życia, parę dni temu oglądałem film „41 dni nadziei” to taka historia na faktach, dziewczyna i chłopak odstawiają łódź przez ocean, zdarza się huragan, który wszystko zmienia, oglądając miałem jedno wrażenie że „oni naprawdę żyją”.

    • zwykły profan Says:

      Dodam, że mówiąc że zła dusza zawsze będzie zła, negujesz możliwość przemiany, co z procesem? Jeśli złemu człowiekowi smakuje gorące kakao zimą, to czy jest zły? Przypomniało mi się pytanie jakie postawiła 3 letnia córka brata naście lat temu „dlaczego jesień nazywa się jesień”? Odważne pytania, tragedia to zaprzestania zadawania pytań. No ale chyba coś o tym wiesz.

  11. Sfirex Says:

    1. „Oświecenie”.
    W każdym człowieku siedzi cząstka dobra i cząstka zła, prawda? Tylko, że my lubimy bardziej jedną z nich – wybieramy sobie cząstkę przewodnią, a tą drugą manipulujemy. Skąd to wiem? Bo jeszcze osiem lat temu, a co dopiero wcześniej, wybierałem prawdę od zła (czyli kłamstwa, bicie, napuszczanie). Od kilku lat kocham siebie i wybieram prawdę dobra (czyli pomoc, zaangażowanie, koleżeństwo). Czy naturalnie jestem zły czy dobry?! Uważam, że jesteśmy jak okrąg, który ma w sobie wszystkie emocje i zachowania. Ale musimy zdecydować, z której puli, jako głównej, wybierzemy. I dlatego nie wierzę, że moje otoczenie wybierze inaczej. Chciałbym żeby tak było. Próbuję im pokazać różne drogi,ale to działa na kilka dni (bez zmiany trzonu zachowania).
    2. „Oni naprawdę żyją”.
    Od przeszło roku, jest na rynku urządzenie VR (virtual Reality), są to duże „okulary” po nałożeniu których przenosimy się do świata gry i stajemy się jego częścią. Na razie są to takie słabiutkie, lekkie gry. Ale za sto lat film „41 dni nadziei” będzie można, nie obejrzeć, nie nie, ale przeżyć razem z bohaterami, znajdując się w domu w fotelu, z gorącą herbatą pod ręką (i odczucia, gwarantuję, będą realne jak tzw.normalne życie). I tutaj, zawsze, pojawia się moje pytanie Czy chciałbyś żyć w takim wirtualnym (?) lub realnym inaczej (?) Świecie? Wszyscy do tej pory odpowiadali mi, że nie, bo to sztuczne – oczywiście, haha, ale… Powiedzmy, że powstałaby firma, która wkładałaby ludzi w kapsuły (żyłbyś nawet pięć set lat, dostarczano by Ci aminokwasów do życia, byłoby Twojemu ciału wygodnie – pełen komfort), w której widziałbyś Świat takim jakim zawsze chciałeś go przeżyć: może chciałeś przeżyć katastrofę Tytanika (i wyjść cało), lub zakochać się z odwzajemnioną miłością w Scarlett O’Hara, lub chciałbyś znaleźć się w pięknym Świecie Fantazji lub odwiedzić Einsteina i rozmawiać z nim o wszystkim nawet sto lat? Wszystko możesz, wszystkiego dokonasz, zawsze będziesz szczęśliwy, nigdy nie będziesz już harować, płakać po pracy, tracić nerwy – nigdy – po prostu wybierz kapsułę. Czy jest haczyk? Nie. Ja po prostu chcę Ci zapewnić szczęście. Czy teraz odmówisz? Czy teraz też nie zdecydujesz się na życie w świecie „realnym inaczej”?? Stwierdzenie „Przeżyj to sam” nabiera nowego znaczenia.

    Odmówiłbym, tylko dlatego, żeby doglądać tych co siedzą w środku. Gdyby maszyna mnie zastąpiła,to czy chciałbym żyć sam? Nie sądzę. I w ten sposób inteligentna maszyna może pokonać człowieka. Jak widać niekoniecznie to musi być wojna ze zbuntowanymi cyborgami, haha.

    • zwykły profan Says:

      Czy naturalnie jesteś dobry czy zły? To głębsze pytanie, o sens wszystkiego co istnieje, skąd pochodzi dobro, skąd zło. Myślę że dobro i zło jest starsze od nas. Wyznaję tutaj chrześcijańską wizję. Jakość relacji ja – dobro, ja – zło, zależy od stopnia świadomości realiów. Czy dobro i zło powstały z chwilą naszego urodzenia, drzewa były tu wcześniej, góry i zwierzęta. Kultura konsumpcji (zło) przedstawia dobro jako nudne, zafałszowany obraz dobra, do którego i tak wszyscy dążą. Dorastając i mając wciąż mylne drogowskazy przed sobą, co można zrobić? Można iść w te drogi które wskazują drogowskazy. Przy odrobinie szczęścia które nazywane jest przypadkiem, a w gruncie rzeczy jest manifestacją dobra, możemy spotkać kogoś kto powie nie idź tą drogą (złą), ale i tak w rozpędzie idziemy nią, i znowu spotykamy kogoś lub coś, i znowu słyszymy głos, tu jest lepsza droga, idąc nią zbierzesz plon swojej pracy za ileś lat. I zaczynamy się zastanawiać. Ale wciąż podążamy drogą destrukcji, nie widząc tego jakie to przyniesie owoce po latach.
      Istnieje wielki konflikt w chrześcijańskiej czyli mojej wizji, polegający na tym że my nie wierzymy że ona jest dobra, nie wydaje się atrakcyjna, ponieważ nie dostrzegamy tego jakie przyniesie owoce po latach. I tutaj toczy się wielka bitwa która wielu przegrało, i ja tez.Ale chcę wstać z ziemi, i zrobić wiele rzeczy lepiej. Zaczynam dostrzegać że ateiści, mogą podążać drogą dobrą, nie przed definicję ateizmu, ale możemy podążać za dobrem które wyczuwamy.
      Obecnie trwają Objawienia w Boliwii, kilka lat temu czytając ich treść, przeczytałem zdanie które mocno we mnie utkwiło „Wieczna miłość, szuka ludzi, gotowych mówić w nowy sposób, o starych dobrze znanych prawdach”. To zdanie mnie nie zmieniło, ale zostało we mnie i wraca do mnie od czasu do czasu. od tamtego czasu nie stałem sie lepszym człowiekiem, może gorszym, uległem wielu słabościom, a ono i tak wraca do mnie. I zaczynam powoli zastanawiać się nad tym jak dobro musi być atrakcyjne i jak bardzo tego nie widzę. I to wszystko odnośnie tego co myślę o naturze dobra i zła.
      Odnosnie maszyny VR, i oglądania szcześliwych ludzi, jest podobny motyw w kinie, w filmie Cinema Paradiso, tam widz może oglądac ludzi którzy siedzą w kinie i widać na ich twarzach emocje z oglądanych filmów. Zauważyłem że małe dzieci łatwo reagują na widok twarzy dorosłej osoby, są wrażliwe. VR wydaje się atrakcyjne, ale nic nie zastąpi górskiej wedrówki z Zawratu na Świnice. Albo przejścia szlakiem Doliny Roztoki do Doliny Pięciu Stawów.

      Dobre zostało na zaoferowane jako towar najgorszego gatunku, ale ten fałsz nie może wygrać z potrzebą szczęśliwego życia. Cokolwiek to znaczy. „Odrzuć kajdany, połam bat” każdy to czuje,ale mało kto robi.

  12. Sfirex Says:

    Logicznie rzecz biorąc masz rację, bo nie jesteśmy pierwszymi organizmami i zło i dobro było przed naszym urodzeniem. Zgadzam się też, że otoczenie (nie tylko zwierzęta, rośliny, lecz w szczególności ludzie) wpływa na to jacy jesteśmy – według najnowszej psychiatrii tak właśnie jest, tzn. nie gen lecz otoczenie warunkuje to kim się stajemy. Dodam do Twoich założeń, że zło lubi zło, a dobro lubi dobro. I to, że złemu człowiekowi smakuje gorące kakao zimą, jest tylko tego potwierdzeniem, że lubimy sprawiać sobie przyjemność. A więc jeżeli sprawia mi przyjemność oglądanie Holywoodzkiej sieczki lub takowych gier, albo motywuje mnie wyzywanie w internecie (kogokolwiek) lub filmiki, w których kogoś biją, wyzywają, to należałoby przyznać, że jestem złym człowiekiem. Jest jednak małe „ale”. „Pracuję sześć dni w tygodniu (inni, nie pracują, a jak już to na czarno), płacę podatki (inni, złodzieje nie płacą), mam żonę i dwójkę dzieci (zastraszonych), szanują mnie na osiedlu (po prostu nic nie mówią w oczy), czy to źle, że oglądam takie rzeczy?? KAŻDY to ogląda, tylko nienormalny sobie odpuszcza Mega Hit na Polsacie. Daj żyć, a najlepiej zajmij się swoim życiem, bo widzę, że jakiś biedny jesteś”. Ile takich osób jest w Twoim otoczeniu Bogdanie? A może podasz przykład człowieka dobrego?
    Zauważyłem, że już któryś raz masz problem z rozwiązaniem kwestii „Czy moja wiara przystaje do tych czasów?”. Bardzo mi się podoba w Tobie to, że uważasz ją za swoją wiarę. Ale szukanie rozwiązań w zachowaniu innych, szczególnie dużych grup, jest moim zdaniem błędne. Spróbuj spojrzeć na to w ten sposób, że jesteś sam (futurystycznie: wiara się w ludziach się wypaliła i zostałeś sam jeden z chrześcijaństwem, z Jezusem) i że sam musisz sobie ułożyć ciągłość tej wiary na przyszłość. Na nikim się nie możesz oprzeć, tylko Ty wiesz co dalej, jak pracować nad sobą dla Jezusa. Serio, nikogo więcej nie ma, Ty – Jezus, koniec. I co wtedy by się stało. Przecież ja takie życie prowadzę od, chyba, 13 lat kiedy pomyślałem o Kon. Nie mam kogo zapytać, nie ma innych Kon, niczego nie ma, tylko ja zdecyduję co będzie, nawet na historii się nie mogę oprzeć, bo nie uważam nikogo z historii za Kon (odciąłem się), ani geniuszy, ani monarchów, ani pozostałych. Nie liczę, że w przyszłości znajdzie się jakiś/aś Kon – całe życie spędzę sam we własnym kraju. Spróbuj tak poukładać swoją wiarę. Myślę, że to dobra rada.
    Jeśli chodzi o wieczną miłość, która szuka ludzi gotowych mówić na nowo o starych sprawach, to wydaje mi się, że jakiś czas temu ją spotkałem, bo moje kontemplacje, które czasem przytaczam, są właśnie takim mówieniem na nowo o starym. Bardzo mnie ucieszył Twój cytat.

    • zwykły profan Says:

      Fajnie że zainteresował Cię ten cytat, nie zakładałem tego. Faktycznie zrobiłeś coś „nowego” opisując rzeczywistość na nowo. Myślałem o tym co pisałeś na temat – być samemu z Jezusem. W pewien sposób chodziłem wokół tego, ale nie wiedziałem jak się za to zabrać. Dobry kierunek, dzięki. I myślę nawet że w gruncie rzeczy dałeś mi chrześcijańską radę. To może być moja droga na teraz.

      Jeśli chodzi o dobrych i złych ludzi. Myślę że zło znam lepiej niż dobro. Zło w sensie, krzywdzących zachowań, braku porozumienia, napatrzyłem się na to przez całe życie. Jak ojciec nie rozmawia z synem, jak mąż i żona mają siebie dość, jak dzieciaki w młodym wieku zaczynają palić papierosy. Z tej perspektywy dobro wydaje się słabe, mizerne jakieś, mało twórcze. W niedzielę na przykład pojechałem rowerem nad jezioro, nie dojechałem, złapałem gumę i wracałem kilka kilometrów na piechotę. Po drodze spotkałem pewną młodą mamę z synkiem z Zespołem Downa, i ten chłopczyk w najbardziej wesoły sposób jaki słyszałem od dawna powiedział do mnie zwyczajne „cześć”. Spotykam ludzi którzy częstują mnie czymś gdy u nich pracuję, robią to szczerze. Niektórzy się otwierają i coś o sobie opowiadają i też myślę że to jest dobro. Widzę jak organizują swoje małe światy tj dom, podwórko, ogródek, często widzę w tym harmonię i też myślę że to jest dobro. Dlaczego dobro wydaje się takie słabe, zamiast mocne, twórcze, atrakcyjne. Zresztą wiadomo dlaczego. Chciałbym być fanem dobra. To głupie i mądre zarazem.

      Pozdro Patryk

    • zwykły profan Says:

      Jeszcze wracam na moment. Zastanawiałem się czy dobrze zrozumiałem co masz na myśli pisząc o złu w ludziach. Mam takie przemyślenie, nie wiem, mam nadzieje że w dobrym kierunku mnie ono prowadzi. Słuchałem na youtubie młodych ludzi rozmawiających o ateizmie, jako drodze. Oni zadają pytania np: dlaczego chrześcijanie zabijali ludzi w historii? Dlaczego Bóg zniszczył miasta wraz z mieszkańcami. Przyglądałem sie dyskusji i doszedłem do jednego wniosku. Ci ludzi w dyskusji zadają pytania zgodne z własnymi przekonaniami, natomiast część ludzi którzy uważają się za chrześcijan, no właśnie nie kierują się na 100 procent nauką o pokoju, szacunku, ulegają przeróżnym złym rzeczom, bywają nerwowi, agresywni i wiele złych rzeczy. Nie chodzi mi o to ze ateiści tacy sami nie bywają. Zobaczyłem w tych chłopakach spójność pytań z przekonaniami. To rodzi określone wybory, zachowanie. Być może wiele zła w ludziach wynika stąd że zamiast żyć według konkretnych dobrych, pokojowych przekonań, ulegają przeróżnym wpływom. A przecież mam wrażenie że kręgosłup moralny stanowiący trzon przekonań jest naturalną ochroną przed złem, w różnej formie. Stąd tacy ludzie, jaki podałeś przykład. I stąd też moje dylematy na temat spójności życia z przekonaniami. Myślę że to podstawa w życiu aby znaleźć spójność miedzy przekonaniami o wyborami w życiu. Później można dalej zastanawiać się na tym jakie przekonania rodzą wybory. To tyle dodam.

  13. Sfirex Says:

    Moim zdaniem zaletą jest osiągnąć spójność między przekonaniami a wyborami w życiu. Bo na co dzień wydaje się, że moglibyśmy zrobić wiele rzeczy, tylko nie jesteśmy do tego przekonani/e. A więc tkwimy w tej samej niewolniczej pracy 40 lat, męczymy się z jakimś nieudolnym partnerem/ką, podkładamy się otoczeniu (rodzinie, znajomym), żeby nie zostać odrzuconym „od ostatnich ludzi, którym na nas zależy”. Niektórzy porzucają to wszystko co opisałem wyżej i powoli zaczynają żyć. Jak wielką odwagą trzeba się wykazać żeby zacząć żyć, żeby się przestać bać siebie samego/ej, żeby ktoś nas pokochał takim jakimi jesteśmy, a nie jakimi nas stworzyło społeczeństwo? Uświadomiłeś mi, że to chyba nie chodzi oto, że ludzie są złymi ludźmi, lecz, że są tchórzliwi. Tchórzostwo tworzy kompleksy, a one blokują spójność między przekonaniami a wyborami w życiu. Myśląc w ten sposób dobro to bycie odważnym. . A otoczenie dobrego człowieka, człowieka odważnego, to także ludzie odważni. Bo jeśli takimi nie są to unieszczęśliwiają dobrego człowieka, a i on „jest jakiś/aś inny/a”.
    Co o tym myślisz Bogdanie?

    • zwykły profan Says:

      Tak, zgadzam się z Tobą w pełni w tym momencie.Ulegamy ludziom w sytuacji wymiany poglądów, itp, są to wczesne wzorce mocno zakodowane i powielane. Tak samo jak powielanym schematem jest uporczywe stawianie na swoim łącznie z obrażaniem. Np moja bratanica 20 letnia jest wegetarianką, wynika to z zainteresowania zwierzętami, natomiast już całkowicie podporządkowała wybór studiów pod trend panujący w rodzinie czyli medycyna, jako nastolatka chciała studiować weterynarię. Pamiętam własne zainteresowania fotografią i filmem, a ostatecznie pracuję w przemyśle drzewnym którego bardzo nie lubiłem pracując jako nastolatek z ojcem w jego pracy. Np kocham góry, lubię wspinaczkę, kamień pod rękami, widok szczytów, rzadko jeżdżę, ale zawsze wracam do tego w myślach. Myślę że to własnie jestem prawdziwy ja.To tchórzostwo, czyli lęk przed odrzuceniem może determinować całe życie, To trzeba w sobie zobaczyć, i odrzucić.
      Myślę że jesteś na tej drodze przynajmniej po części, zdecydowałeś się na własną ideologię, punkt widzenia. I to jest właśnie motywujące też dla mnie. Posłużę się chrześcijańskim punktem widzenia, prawie wszyscy chrześcijanie słyszeli przypowieść o talentach, jeden dostał jednego, inny więcej, trzeci najwięcej. Co ci ludzie z nimi zrobili. Wydaje mi się że jest to jawne nawiązanie do tej sytuacji o której piszemy w tym momencie. Dziwi mnie bardzo że jest mało zrozumienia w społeczeństwie w tym temacie. Wybacz że tak epatuję chrześcijańskim nawiązaniem, ale poruszam się w swoim kręgu myślowym. Słuchałem kiedyś w internecie wypowiedzi pewnego chłopaka który twierdził że miał widzenie Jezusa, i Jezus mówił mu, że wcale nie musi robić wszystkiego aby zasługiwać na jego miłość, że tak samo starał się zasłużyć na miłość swojej żony, i że to nie jest dobra postawa. Że miłość jest za darmo, i tak powinniśmy żyć.To są kajdany które trzeba odrzucić. Nie jest to łatwe, bo wymaga bardzo szerokiego zwrotu, i wielu zmian, ale wybór wart jest swojej ceny. Próbuję wyobrazić sobie społeczeństwo ludzi którzy nie muszą zasługiwać na miłość najbliższych, bo miłość jest za darmo. Społeczeństwo ludzi na których się stawia ponieważ potrzebne są ich talenty, a nie priorytetem jest siła robocza. Itp.
      Zgadzam się z Tobą.

  14. Sfirex Says:

    Chciałbym dodać dwa cytaty z jednego z moich ulubionych filmów, „Matrixa”:
    1. Pierwsza scena (w 12:05 minucie) to kiedy główny bohater spóźnia się do pracy i zostaje wezwany do dyrektora:
    „Nie umie się pan przystosować panie Anderson. Uważa pan, że obowiązujące zasady pana nie dotyczą, ale myli się pan. Robimy najlepsze oprogramowanie na świecie, ponieważ wszyscy pracownicy stanowią zgrany zespół. Jeśli ktoś z nas ma kłopoty, ma je cała firma. Musi pan wybrać panie Anderson, albo przestanie się pan spóźniać, albo poszuka pan innej pracy. Czy wyraziłem się jasno?”.
    2. Druga scena (w 1:31:30 minucie i kontynuacja w 1:37:20) to monolog głównego złego bohatera (który jest programem komputerowym), na temat człowieczeństwa:
    „Czy znalazłeś kiedyś chwilę by zachwycić się cudownością i geniuszem Matrixa? Miliardy ludzi żyją sobie w błogiej nieświadomości. Wiesz, że na początku Matrix miał być światem idealnym, gdzie nikt nie cierpi i wszyscy są szczęśliwi.To była klęska. Nikt tego nie przetrzymał. Traciliśmy całe plony. Powstała opinia, że nasz język programowania nie zdoła opisać waszego idealnego świata. Ale ja uważam, że wy po prostu nie możecie istnieć bez nędzy i cierpienia. Dlatego świat idealny jest dla was snem, z którego wasze prymitywne mózgi chciały się obudzić. Przeprogramowaliśmy więc Matrixa na TO – apogeum waszej cywilizacji. Mówię „waszej”, ale gdy zaczęliśmy myśleć za was, stała się naszą. Ale to normalna kolej rzeczy, czyli ewolucja. Tak samo było z dinozaurami. Wyjrzyj przez okno. Wasz czas przeminął. Przyszłość należy do nas. Nastała nasza era (…). Podzielę się z tobą odkryciem jakiego tu dokonałem. Próbowałem zakwalifikować wasz gatunek i doszedłem do wniosku, że wcale nie jesteście ssakami. Wszystkie ssaki na Ziemi instynktownie zachowują równowagę między środowiskiem. Ale nie ludzie. Zajmujecie jakiś obszar i rozmnażacie się, aż wyczerpiecie wszystkie zasoby naturalne. Żeby przeżyć zajmujecie nowe tereny. Są na tej planecie inne organizmy, które postępują tak samo. Wiesz o czym mówię? O wirusach. Ludzkość to choroba, rak toczący tą planetę, zaraza. A my stanowimy lek” – (przypominam, że to mówi program komputerowy).

  15. zwykły profan Says:

    Myślę że całkiem sporo takich „matrixów” funkcjonuje w rzeczywistości. Z pewnością matrixem były przemiany ustrojowe w kraju. Uważam że reklamy wszelakich produktów mających uszczęsliwiać pchają prosto do iluzji wiecznych zakupów jako szczęścia.Nałóg jest matrixem. Warto byłoby zdefiniować jakim jest człowiek bez matrixa. Myślę że wymieniona cecha ludzkości jako samo niszcząca też jest matrix-em, który warto byłoby opuścić w pierwszej kolejności.

  16. Sfirex Says:

    Bogdanie, ja znam Świat bez Matrixa i żyjących tam ludzi: Jest to Świat, w którym 10 jajek kosztuje 9 groszy, kilogram czereśni 50 groszy, skrzynka 24 kilowa bananów kosztuje 1 dolara, w którym nie składuje się po magazynach dziesiątek tysięcy ton zboża czy mięsa. A Matrix to ten Świat, który widzimy, w którym rząd (bez różnicy który) narzuca rolnikom (także zagranicznym) niskie ceny skupu, by potem wywindować cenę w HURCIE kilkadziesiąt razy, by w sklepie cena była czasem stokrotnie wyższa. Wszyscy ludzie, wszyscy my, żyjemy na co dzień poza Matrixem, ale system nas zżera kiedy tylko wejdziemy do sklepu, włączymy telewizję, internet, radio, kiedy chcemy cokolwiek dostać. „Matrix jest wszędzie” – tak powiedział Morpheusz (bohater filmu), i jak widać miał rację. Przy takich cenach, jak wyżej, mogłaby zniknąć bieda, zacofanie, jakieś formy cierpienia. Ale wąż (oroborus) woli zjadać swój własny ogon i nie widzi w tym zachowaniu choroby psychicznej.

    • zwykły profan Says:

      Matrix w skali makro, ostatnio przeczytałem książkę „To tylko mafia” o przemianach ustrojowych w kraju, oraz powiązaniach polityków z mafią pruszkowską, oraz WSI i ich mocodawcami ze wschodu. Ta książką pokazuje że nic w polityce nie było tym co widzieliśmy w tv. Dobrze się czyta, jak kryminał, ale jednak na faktach. Te układy nie pozwoliły na samodzielność Polaków, ani na niezależne myślenie.
      Myślę że Matrix nie jest chaosem, jest skoordynowany, aby widzieć i czuć to co chce projektant (zło osobowe). Zakładam że w tym układzie usługodawca to człowiek funkcjonujący w systemie. Od lat nie oglądam tv, zniechęciły mnie kłótnie polityków, przewaga tragicznych wydarzeń w wiadomościach, reklamy w programach. Uważam osobiście że przerywanie programów w momencie pełnej koncentracji na temacie, z informacją o proszku, telefonie, czy czymkolwiek innym nie dość ze destrukcyjnie wpływa na koncentrację i proces uczenia się, to powinno być przez rozsądnych ludzie prawnie zakazane.

      Co do węża zjadającego siebie. Jako symbol ciągłej destrukcji i odradzania się nie widzę w tym celu samego w sobie. To destrukcja. Mechanizm nałogu, najpierw odrobina przyjemności na którą kusząc się człowiek wchodzi w destrukcję.
      Myślę że ważne to odszukać w sobie wewnętrzny głos, który mówi aby dostrzec za oknem piękno poranka, słońce na drzewach, zjeść zwyczajne śniadanie delektując się smakiem. I wybierać jak przeżyć kolejny dzień w śród wielu podobnych rzeczy do zrobienia.
      Wierzę że znasz wolny świat. 🙂

  17. zwykły profan Says:

    Apropos Matrix-a. Jedząc śniadanie jak mam w zwyczaju czytałem, i po raz drugi wpadł mi cytat z Psalmu 4, wers 3, „…Czemu kochacie marność i szukacie kłamstwa?” Opis Matrix-a jak nic. W tych wersach wcześniej pada słowo „Mężowie”, mam wrażenie wypowiedziane jest z niezwykłą godnością o adresatach.

  18. Sfirex Says:

    Znam wolny Świat – żyjemy w wolnym Świecie. Ceny, które podałem powyżej to ceny wzięte z życia. Ceny, które są w sklepach to ceny Matrixa.
    A co do ludzi to poniżej wrzucam pewne spostrzeżeni:
    Kiedy byłem „mongołem”, tak jak wszyscy w moim otoczeniu są nadal, wtedy smakowały mi gry, filmy akcji, smakowały mi potrawy i piosenki z programów telewizyjnych, miałem w swoim życiu wiele autorytetów. Żyłem bardzo niespokojnie, (bo media mają sztucznie wzbudzać emocje), ale żyłem jak każde inne ludzkie stworzenie. Czy było mi wtedy źle? Po części nie, bo lubiłem to wszystko. Po części tak, bo wiedziałem, że to wszystko jest nieosiągalne. Od jakiegoś czasu – nie potrafię określić, od kiedy – zaczynam się dławić ludźmi, mediami, bogami. Nie chcę tu być – bardzo tu nie chcę być. Tęsknie za przyszłością, kiedy spotkam ludzi dobrych. Tu nie ma takich, nie dlatego, że wszyscy chcą niszczyć, ale dlatego, że nikt nie docenia życia. Szkoda mi czasu na te rozmowy, na te tłumaczenia, wyrzuty, wymysły. Chciałbym porozmawiać i zrobić. Tutaj się tylko rozmawia. Wielu ma piękne idee: o bogatym świecie, o nieróbstwie, o wiecznym spokoju. I nic w tym kierunku nie robią (w Matrixie panuje pustosłowie, budząc się zaczynamy działanie).

  19. Sfirex Says:

    Przemyślałem to co napisałem i wyszło mi, że mam bardzo podobne spojrzenie na życie jak Agent Smith z przykładu wyżej (główny zły bohater Matrixa – program komputerowy). Nie martwi mnie to. Zastanawia mnie jednak czy znajdzie się w moim życiu odpowiednik Neo (może będzie to kobieta?)? Wraz ze śmiercią Neo i Smitha (ostateczna walka) nastał spokój i władze światów, wirtualnego i realnego, zawarły porozumienie. Ciekawe.

    • zwykły profan Says:

      Rozumiem że masz coś do zrobienia, i masz tą świadomość. Całkiem podobnie widzę to w swoim życiu, w ogólnym zarysie. Przeszłości nie da się zmienić. Była życiem i szukaniem, cennym szukaniem. Dobro jest w Tobie. To mogę Ci napisać. Długo błądziłem chodząc wokół tego przekonania jeśli chodzi o mnie samego. Mnie nikt nie uczył jak świadomie być dobrym i odważnym. Dlatego takim nie jestem. ( to jest jeden z moich celów) Z jednej strony to strata, ale z drugiej strony to nowa droga. Dobro jest w Tobie, Patryku, rano i wieczorem, na ulicy i w mieszkaniu. Kiedy tworzysz i tracisz. Wiem że jest mizernie eksponowane w społeczeństwie. Dostrzegam u siebie taką prawidłowość że świadomość dobra we mnie przychodzi powoli, staram się także odchodzić od emocji na stronę decyzji w tym temacie. Nie dziwię sie że masz niesmak do ludzi, religii, bogów, myślę ze to jest słuszne. Mizerne życie polega na tym że ludzie nie są wewnętrznie spójni w swojej wierze, bo żyją na zupełnie innych zasadach, jakby nie wierzyli w wyznawane wartości, ta sprzeczność sprawia że można się zniechęcić obserwując ich.
      Np na blogu Pani Mirosławy gdy nie ma śmiertelnego sporu o wartości, to mogę dostrzec zalety każdego udzielającego się. Nie wiem do jakich wniosków mnie ta droga zaprowadzi, w każdym bądź razie w głowie mam wciąż temat wojny katolicko masońskiej, i doszedłem do wniosku że jest tylko jeden sposób jej zakończenia, tzn mogę to zrobić tylko ja, w sobie. Do takiego miedzy innymi osobistego wniosku dochodzę po bytowaniu tutaj w temacie masońskim. Dalej pozostanie sytuacja w której masoni uważać będą moją religię za przejściowy etap, ja wciąż będę myślał że to nie jest prawda w moim życiu. A nawet utwierdza mnie w tym przekonaniu np ostatnia wzmianka o Św Jacku Odrowążu. Ale przede wszystkim będę widział ich takimi jakimi są, czyli ludźmi. Tyle. Bycia twórczym wciąż życzę. Pozdro.

  20. Sfirex Says:

    Zobacz Bogdanie jak ciężko czasem być nie tylko wierzącym, ale obnosić się ze swoją wiarą. Taki człowiek jest „nawiedzony”, „niepoważny”, „mnie to nie obchodzi, pogadajmy o piłce nożnej”, „a wiesz, że Jezus i Bóg to wymysły, nie wiesz, to gorzej dla ciebie” itp. Dlatego jesteś odważny, chociażby od kiedy zrobiłeś coming out ze swoim podejściem do religii. Na dodatek wiesz dużo i bardzo się interesujesz tym tematem. Gdzie znam tylko takich ludzi, którzy mówią, że są katolikami, ale bez zobowiązań wobec wiary (niekoniecznie kościoła oczywiście). Jesteś odważny i jest w Tobie Chrystusowa dobroć (częstotliwość), tylko pewnie wymagasz od siebie za dużo, jakiś wielkich czynów, a spróbuj dostrzec te codzienne (tak jak i do mnie napisałeś „Dobro jest w Tobie, Patryku, rano i wieczorem, na ulicy i w mieszkaniu”).
    Adam Michnik pisał, że wyśmiewanie wiary to system obronny ateistów, a nachalne nawracanie to system obronny katolików. Obie strony bronią się przed przeciwnymi poglądami, bo mogłyby przez przypadek dowiedzieć się czegoś negatywnego i czar, ateistyczny lub religijny, by prysł. Powiedziałeś, że chcesz zobaczyć w ludziach, innowiercach, ludzi, to znaczy, że chcesz dyskutować, to, moim zdaniem, znaczy, że już od dzisiaj jesteś ponad ten katolicki splendor (i ateistyczny też), i że nabierasz mocy, siły, wiary, że jest coś więcej (przestajesz być hermetyczny) – ewoluowałeś w Chrześcijaństwie. Czy dobrze Cię oceniłem?
    Dodam tylko, że jak nie widziałeś jeszcze wykładu z linku poniżej to proszę zajrzyj. Tam właśnie Ken Wilber opisuje przechodzenie przez różne poziomy na drodze duchowej. (myślę, że Ciebie dotyczy przejście z etnocentrycznej (fazy dojrzewania) do racjonalnej (fazy wczesnej dorosłości) jeśli chodzi o duchowość).
    I dziękuję za słowa otuchy.

    Link do wykładu: https://www.youtube.com/watch?v=tB_IDZyHYwA

  21. Sfirex Says:

    Dodam tylko pewną historię, którą cały czas zapominam zamieścić.
    Pamiętasz Bogdanie, a może ktoś jeszcze pamięta, Twoją historię o dziecku, które po tym jak zapytało „Panie dlaczego Cię nie widzę na naszym polu?” zobaczyło w zbożu Jezusa?? Ostatnio przytrafiła mi się podobna historia. Otóż jako, że moim Bogiem jest życie (kiedyś o tym pisałem), to staram się nie zabijać niczego (ani much, ani jakiś robaków, ani niczego bardziej lub mniej złożonego). I w tamtym tygodniu w pracy, kiedy szedłem do pomieszczenia gospodarczego, wleciała mi pod but mucha, nadepnąłem strapiony i pomyślałem „No i co Boże, nie żyjesz”. Po chwili jednak ona wyleciała mi zza pleców (widocznie była szybsza niż mój but) i z uśmiechem pomyślałem, że jednak Bóg nadal żyje. To dziwna historia – tak samo dziwna jak tamtego chłopca – a chciałem nią pokazać, że może chłopcu od dawna się wydawało, że najważniejsze jest pole, na którym rośnie zboże, które karmi jego i jego rodzinę, i widząc to pole wyobraził je sobie jako Boga, a niekoniecznie musiała to być osobowa forma Jezusa. Tak jakby chcemy by to co najważniejsze w naszym życiu było boskie.
    Miłego wieczoru 🙂

    • zwykły profan Says:

      Dzięki za dobre słowa. Czy Bóg jest osobą? I czy jest Nim Jezus? Chciałbym. Widzę do koła świat któremu na tym nie zależy. Widzę układy polityczne którym na tym nie zależy. Jestem zszokowany agenturalnym układem sil w Polsce, i przez to także widzę że układy te mają za nic postać Boga. Nie chcę Ci podpowiadać rozwiązań bo sam walczę o nie w swoim życiu. Widzę natomiast podobieństwo w Twoim podejściu. Szacunek do życia, chęć rozważań która pozostanie z Tobą na zawsze. Jesteś gotów rozmawiać na te tematy. Nie ma nikogo więcej na tym blogu chcącego otworzyć się i rozmawiać. Może kiedyś ktoś zdecyduje się dołączyć. Nie wiem.

      Twoja historia z muchą jest dla mnie jeszcze jednym podobieństwem, bo każdy katolik w kryzysie przekonań musi postawić sobie to pytanie „Boże nie żyjesz?” Są tylko dwie odpowiedzi. Nie jesteś katolikiem i we własnych kategoriach rozważasz tą kwestię. Podoba mi się to Patryku.

      Zacząłem oglądać program który polecasz. Pamiętam ze już go polecałeś. Jest bardzo bogaty w interpretację znaczenia religii, duchowości człowieka w jak to rozumiem procesie ewolucji. Brzmi oczywiście logicznie. Widać pełne zaangażowanie wykładającego. Myślę że może mi wskazać wiele tematów których nie rozumiałem
      w podejściu do duchowości występujących w kulturze zachodniej. Ewolucyjne podejście do duchowości. Nie badałem tego tematu, ale juz domyślam się że można w ten sposób zinterpretować rzeczywistość. Rozsądne wydaje się tłumaczenie faz rozwojowych czlowieka z towarzyszącymi temu fazami duchowymi. Sklasyfikowałbym się w mitycznym podejściu do religii. Natomiast jedno jest pewne, dobro i zło którego doświadczamy na co dzień nie jest odpowiedzią na mit. Jest faktem. To moje pisanie o Osobowym Bogu, w gruncie rzeczy jest ciągle szukaniem – i mam nadzieję że już tak pozostanie – realnego doświadczenia, któremu chciałbym pozostać wierny. Ta myśl wydaje mi się atrakcyjne że Bóg jest Osobą, dlatego do niej wracam i jesteś jedną z niewielu osób do której mogę o tym napisać. Program na pewno przeanalizuję. Wymaga głębszego zaangażowania, poznania kierunków prac wymienianych w nim naukowców. Jest to dla mnie pomocne źródło w zrozumieniu kierunku w jakim zmierza ponad narodowa duchowość.

      Jeśli chodzi o wymaganie od siebie być może masz rację. Z pewnością wielu rzeczy nie wiem. Ale warto cieszyć się tym co się wie. Pozdro.

  22. Sfirex Says:

    Stephen Hawking mówił, że do istnienia wszechświata Bóg jest niepotrzebny. Ciekaw jestem Twojego zdania na ten temat, a poniżej opiszę jak ja to rozumiem.
    Każdy kto uważa jak Hawking jest uważany za ateistę, co jest nieprawdą. Powiedzmy, że świat dziejący się na bieżąco to jedna część całości, przeszły to druga część, przyszły trzecia. Przypuśćmy, że za jakiś czas wszystkie trzy części rzeczywistości zostaną wytłoczone na małym bajpasie, który będzie się wszczepiać w mózg. Gdzie wtedy, dla takiego osobnika (czy nadal człowieka?), jest miejsce na Bogów i o czym Bogowie będą decydować? Po pierwsze osobnik ten zna wszystkie możliwe układy, rozwój, procesy we wszechświecie. Po drugie mając tą wiedzę może nią manipulować pod siebie lub innych i dalej wszystko wiedzieć. A co jeżeli drugi taki bajpas, tym razem z dziedziny astralnej, zostałby wczepiony obok pierwszego? Co wtedy z Boginiami? Dlatego właśnie, według tego co napisałem, przy zwiększonej świadomości, Boginie/Bogowie stają się bezużyteczni. Ale wtedy należy zadać pytanie „A co jeżeli istnieją, to po co są?”. Nie wiem. Jednak wiem, że wraz z rozwojem nie tylko naukowym, czy astralnym, ale też emocjonalnym, o rozszerzonych potrzebach, odbieramy Boginiom i Bogom pracę. Wszechświat jest tak wielki, że wierzę, że już teraz żyją gdzieś postacie z takimi bajpasami w głowie. Dla nas to tzw. fantastyka. I pewnie dobrze, bo lepiej myśleć, że bohater z Holywood zdobędzie władzę nad wszechświatem za pomocą wrodzonego, notabene amerykańskiego, uroku i dowcipów 🙂
    Również pozdrawiam.

    • zwykły profan Says:

      Myślę że Hawking zinterpretował w ten sposób rzeczywistość ponieważ bazował na prawach fizycznych i logice. Mnie osobiście podoba się jego determinacja, mimo choroby kochał naukę, i choroba go nie powstrzymała. Dla mnie to argument za życiem. Myślę że naukowcy spodziewają się odnaleźć miejsca we wszechświecie nie podlegające znanym prawom fizyki. Dla mnie istnienie Boga jest rzeczą logiczną, problem to przekroczenie bariery po między mną a Nim, która wydaje się nie logiczna, i nie posiadająca znanych praw dostępu. W Biblii te prawa nazywane są Objawieniem i Miłością. To że nie są popularne, a raczej wyśmiewane i szufladkowane to nie ostateczny powód do odrzucenia.
      Zobacz naukowcy stworzyli bombę atomową, która zniszczyła dwa miasta. Na podstawie swojej naukowej pracy ludzie zdolni są do potężnej destrukcji. A więc nauka nie tylko służy rozwojowi ale także interesom najłagodniej mówiąc. W jednym z tych zniszczonych miast, przed wojną placówkę misyjną założył niejaki Maksymilian Kolbe, który zginął później w komorze głodowej w Oświęcimiu poświęcając swoje życie za nieznanego człowieka. Słyszałem historię, że podczas swojego przedwojennego wyjazdu do Japonii w Nagasaki, miał okazję otworzyć swoją placówkę w centrum miasta, podobno stwierdził że nie chce placówki w centrum ponieważ w przyszłości z nieba spadnie ognista kula która wszystko zniszczy. Znamy losy Kolbego, znamy dane o zniszczeniu Nagasaki, wspaniałe osiągniecie nauki, rozszczepienie atomu. Sam wiesz jak destrukcja konsumpcji postępuje. Osiągnięcia naukowe w rekach człowieka nie znającego moralności staje się niebezpieczną bronią, na to przykładem są nazistowskie Niemcy i nie tylko. Dla mnie Twórcą cząsteczki wody jest Bóg, a nie osoba która opisała jej wzór. Mimo że to wspaniała praca, to chętnie nawiąże kontakt z samym Twórcą. Nawet za cenę zwątpienia 🙂

      • zwykły profan Says:

        Tak dodam na marginesie, Pani Mirosława wspomniała o postaci Jacka Odrowąża, dla mnie to też jest jakiś znak z Nieba ktorego nie potrafię zinterpretować. Jest to postać z początków państwowości polskiej, z dziedziny duchowości katolickiej. Zaskoczyły mnie pokrewieństwo rodzinne, interpretuję to tak, że w Bożych planach już wtedy gdy żył Jacek Odrowąż, tj XII wiek, droga ewolucji rodzinnej podąży kierunkami nauki, i negacji religii. Nie wiem, co będzie dalej, nikt tego nie wie, jedno jest pewne w mojej interpretacji, widzę tutaj, zaangażowanie tego którego kochał Św Jacek. To wszystko.

  23. Sfirex Says:

    Proszę odpowiedz jeszcze na jedno pytanie. Kim jest Bóg, jeżeli ktoś posiadłby wszech wiedzę (z bajpasów)? Co Bóg wtedy robi i po co on jest? Biorąc pod uwagę mój powyższy przykład, nie można już powiedzieć, że Bóg jest wszechwiedzący, wszech miłosierny itp. bo ta zwykła osoba też taka jest. Osoba ta mogłaby przekonać Cię, że jest Bogiem nim nie będąc (odpowiadając na wszystkie Twoje pytania). Jak inaczej można interpretować Bogów niż tylko coś nieosiągalnego?

    • zwykły profan Says:

      Jak można interpretować Bogów? Dobre pytanie.
      Załóżmy że wszelką obecną wiedzę można zmagazynować na dużym dysku komputera który każdy posiada w domu. Czyli przyszłość o której piszesz zbliża sie małymi kroczkami. Napiszę Ci co ja myślę w tym temacie. Pamiętaj że jest to wiedza ograniczona i ograniczone doświadczenie. Tyczy się tylko mojej osoby. Myślę że Bóg jeśli mówi do Ciebie to robi to w sposób który cechuje Ciebie i ja mogę tego nie rozumieć, nawet nie widzieć. Swego czasu byłem na pewnym „Seminarium wiary”, taki rodzaj rekolekcji przypominający o co chodzi w wierze. W każdym bądź razie jest tam tzw modlitwa wstawiennicza, czyli osoby modlą się w mojej intencji (mówią do Boga) słyszące głos Boga, w odpowiedzi jedna z osób opowiedziała mi tzw obraz jaki widziała podczas tej modlitwy. Dotyczył on mnie. Osoba ta widziała równinę ciągnąca się po horyzont, gdzie nie było nikogo, był to obraz mojej samotności. Powiedział mi ten mężczyzna że wydaje mi się że nikogo nie ma obok mnie, ale zobaczył w tym obrazie postać Jezusa (Boga) który ciągle w tym czasie kiedy mi szczególnie wydaje się że jestem sam, On idzie obok mnie. Wyobraź sobie że nieustannie, od początku. A ja tego nie wiedzę. Dlatego też zadaje takie pytania, jakie już pisałem, „kim jesteś?, gdzie jesteś”, naucz mnie kochać Twoje słowa, naucz mnie rozpoznawać Twoje działanie” i inne. W swojej ślepocie mogę tylko czekać. Pamiętaj że Bóg o którym piszę jest także Bogiem wszechwiedzy, autorem atomu, a siła grawitacji jest w Jego małym paluszku. Ale to nie jest tak ważne jak odkrycie swojej tożsamości, innymi słowy stanięcie w Jego świetle.
      Wybacz że piszę tak szczerze o sobie, ale szczerość mógłbym też zobrazować jako światło które wychodzi z Ciebie które powinno się spotkać z jeszcze większym światłem które wychodzi z Boga. Tak mogę to co myślę w tym temacie zobrazować. Zakładam oczywiście że nie pomogłem, gdyż nie jestem Nim, ale tylko szukającym i pragnącym poznać Jego światło( Osobę, sposób patrzenia -miłość. Zobacz tutaj przypomniało mi się Twoje pytanie gdy pisałeś o nauczycielach, czy zastanawiali się czego chcieli Cię nauczyć. Myślę że to pytanie dotyczy właśnie tego w jaki sposób Bóg patrzy na nas ludzi. To pytanie ma swoje źródło w przyczynie wszechrzeczy w Bogu, nie miej wątpliwości.
      Aby ten temat jeszcze rozwinąć. (oczywiście jest to moja interpretacja) Pani Mirosława opisywała tutaj nie dawno swój sen o przestrzeni, o tym jak wzbiła się w górę. Taki sen o nowym początku. Nie pisałem o tym, ale zinterpretowałem go w taki o to sposób: jest taki cytat w Biblii „lecz ci co zaufali Panu odzyskują siły, wzlatują na skrzydłach jak orły…” Nowy początek, nowe siły, zupełnie nowe źródło inspiracji. Cechą Boga musi być ciągłość (osoba św Jacka Odrowąża, dla mnie to obraz ciągłości), działanie po za moim systemem rozumienia i w taki sposób abym mógł Go poznawać. Tak więc wracając do Twojego pytania, moja odpowiedź może nie być atrakcyjna. Załóżmy że 33 stopnie w Rycie Szkockim to droga poznawania wszystkich religii, Bogów, siebie, ludzi, świat, ciągłe poznawanie i ustosunkowywanie się do poznania. Co dalej gdy stopnie się skończą. Dalsze poznawanie swojej osoby. Mimo że pojawia się działanie w oparciu o poznanie, to nie jest wszystko, umrzemy. Dlatego poznawanie wychodzi po za racjonalną granicę śmierci i pozwala na życie z tą poszerzoną świadomością. W tym świetle owoce mają rozsądną cenę, iphone x to nie cel sam w sobie, chociaż wygląda ładnie itd. Bóg to nowe światło, nowy pryzmat przez który patrzysz, na innych i na siebie, na naukę, na życie. Przedstawiany jest jako ten który zakazuje i nakazuje. Ale to nie prawda. Poznawanie Go jest drogą, którą nie mam pojęcia w jakim stopniu przejdę za nim umrę. Bóg zawsze daje wybór dlatego jest dla mnie atrakcyjny.
      To tylko kilka przymiotników gdy myślę słowo Bóg, tylko tyle, wybacz że tak mało, mam nadzieję że to dopiero początek w moim życiu.

  24. Sfirex Says:

    Bogdanie bardzo ciekawie opowiadasz o religii. Innej takiej osoby nie poznałem – nawet na lekcjach z katechetką czy księdzem to oni tak nie mówili.
    Ale dlaczego, jeśli tak bardzo szukasz Boga, a widać, że szukasz, to ograniczasz się do jednego źródła (gdzie słowo źródło jest bardzo na miejscu)? A co jeśli Bóg po śmierci, lub może za życia, zapyta Cię: „Bogdanie byłeś wiernym kompanem, szedłeś obraną przez SIEBIE ścieżką, ale dlaczego byłeś jednocześnie tak ograniczony? Bo tyle mnie jest w Koranie, tyle w naukach Buddy, w religiach Indusów, Taoizmie; Dlaczego tak bardzo skupiłeś się, jedynie, na mojej lewej ręce (tutaj: chrześcijaństwie) a nie chciałeś poznać mojej całej osoby?”.
    Na przykład dla mnie nie ma wiedzy zbędnej, chyba, że jest drastyczna. Uśmiecham się z jednej strony do każdej religii, z drugiej do masonerii, z innej do lucyferian, z jeszcze innej do romantyków, czasem do starożytnych, często do wiedzy kontrowersyjnej, myślę o tym co ludzie mają do powiedzenia. Nie ma granicy poznania.
    Cieszyłbym się gdyby Twój Bóg przemówił do Ciebie i rozszerzył Twoje badania 🙂

  25. Sfirex Says:

    Wydaje mi się, że już wiem jak rozwiązać przydatność Boga. Jest taki paradoks: „Czy Bóg wszechmogący mógłby stworzyć kamień, którego by nie podniósł?”. Dziwne prawda? Wszechmogący, a jednak czegoś nie może!? Ale jest rozwiązanie dla tej zagadki. Bóg powinien stać się tym kamieniem, wtedy poprzednia postać, którą był straci właściwości boskie, a kamień je zyska. W ten sposób wypełni się rozwiązanie – nie podniesie kamienia. Jeżeli więc, jak uważam, istnieją we wszechświecie istoty, które posiadły wszechwiedzę to są to kamienie z przykładu powyżej tzn. jakiś Bóg/Bogowie/Boginie są teraz tak przydatni jak te istoty dużo wiedzące, nie tracąc na swoim autorytecie, bo przecież nie stracili na tym, że ktoś zyskał.

  26. Sfirex Says:

    Bogdanie może nie chcesz już pisać o religii? Może jestem zbyt inwazyjny w tym temacie?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: