Archive for Czerwiec 2018

„Wolnomularz Polski” nr 75

21 czerwca 2018

Niedawno dostałam kolejne, letnie wydanie „Wolnomularza Polskiego” nr 75. Wczoraj wspomniałam o tym na pracach loży Wolność Przywrócona, dziękując braciom za pamięć o br:. Adamie, redaktorze – seniorze, oraz za pomoc w redagowaniu pisma. Dzisiaj opowiadałam o zawartości Adamowi, to wszak jego ukochane dziecko. We wrześniu będzie 25 lat, gdy ukazał się numer sygnalny pisma. Na jednej z fotek pokazuję pierwszy szkic na papierowej serwetce. Zrobił go Adam w lipcu 1993 r. w małej knajpce warszawskiej. Takie były początki. Pismo przeżywało swoje wzloty i upadki, było wydawane na ksero, miało  ponad 5 lat przerwy, ale przetrwało i jest obecnie jedynym masońskim periodykiem w Polsce. Stawiam sobie kolejne zadanie: dotrwać do setki czyli WP nr 100.

Reklamy

Są takie dni tygodnia…

19 czerwca 2018

DSCN2306… gdy wszystko się układa. Najpierw dostałam „złamane” strony z książki mojej mamusi; te ze zdjęciami, które ułożyły się idealnie na tylu stronach, ile miały. Potem dostałam letniego „Wolnomularza Polskiego” i naniosłam ostatnie, malutkie poprawki – wieczorem WP 75 idzie do druku (hurrra, zdążę na lożę Świętego Jana!). Następnie umówiłam redaktora – łamacza na drugi tom mojej „Aszery” (jesień br.). Potem po odwiedzeniu Adama kupiłam w Biedronce dwa kaktusiki i skutecznie je zasadziłam w moich ozdobnych kielichach (czy im się to spodoba, to inna sprawa, pożyjemy – zobaczymy). Następnie zdążyłam złapać Pana Hydraulika (jest taki fajny, że piszę go z dużej litery). Pan Hydraulik wymienił mi ustrojstwo od spłukiwania wiadomo czego, założył klosz na żyrandol w łazience, mimo że zgubiłam stosowną śrubkę (dorobił), zajrzał do kranu w kuchni, który ciekł – już nie cieknie. Pooglądał moje krzesło, które się nadłamało (potrafi skleić, choć nie dziś), ustalił przyczyny dziwnego zachowania się kanapy (sprężyna do wymiany, poszuka sprężyny). Jeszcze do pełnego szczęścia potrzeba mi wygranej Polski w meczu z Senegalem i przynajmniej dwóch brydżowych rozdań, bo ostatnio gram jak noga. W sumie jaki fajny, fajny dzień!

Fot – storczyk i moje dwa kaktusy (jeden – ten „wystający” – nie chciał stać prosto, więc mu podłożyłam z tyłu dwie krówki (cukierki).

Anioł, Diabeł i Budda

18 czerwca 2018

Diablik wyskoczył z Tarota, zmierziła go moja cnota.

„Nie było w tym mojej woli,wolałabym poswawolić”…

Mój Anioł kocha mą cnotę: „Zabraniam ci myśleć o tem!

Zabraniam roić i śnić, jak żona Cezara masz być”!

Tak oto –  Diablik z Aniołem zajmują się mną pospołem.

I każdy ciągnie w swą stronę,to skrzydłem, to ogonem.

A ja, na wpół rozerwana, rozmyślam sobie od rana:

„ Pójdę, rzucę to wszystko! Może zostanę buddystką”?

DSCN2303

Brydżyk damski, domowy

17 czerwca 2018

281bb135-efe3-45d2-aa70-4d3cefed00f7Niezależnie od brydżowego kursu, drugi raz urządziłam brydżyka w domu. Dziś był wyłącznie damski. Moje koleżanki  brydżystki są tylko troszkę starsze od mojej córki. Wiedziałam, że są wykształcone i inteligentne, bo to widać było na pierwszy rzut oka na kursie, ale że przy stoliku spotkają się cztery panie z doktoratami??? Jeden był (ten doktorat) z biologii molekularnej, dwa z ekonomii i jeden mój z nauk politycznych. Lubię te damskie klimaty. Oj lubię!

PS Gdy raz jechałam na kurs taksówką i powiedziałam, dokąd zmierzam, pan taksówkarz opowiedział, że ma od jakiegoś czasu stałą pasażerkę: raz w miesiącu udaje się z nim na damskiego brydżyka. Pani skończyła 93 lata. Chodzi z trudem, ale główka pracuje. No to te 30 lat jeszcze mogę sobie pograć… 🙂

Nowe kielichy od rana

16 czerwca 2018

Od samego rana, przy kawie i muzyce z lat 60. ozdabiam kielichy. Kupiłam wczoraj dwa – „gołe i wesołe” po przerejestrowaniu samochodu. Potem była Poczta Główna (dzierżawa wieczysta do zapłaty) i sklep dla plastyków. Tak mi się życie plecie: od Nieba do Ziemi. Nawet w Tarocie wyskoczył mi diabełek od bardzo ziemskich spraw. No więc nowe kielichy przedstawiają się jak poniżej. Już niedługo zabraknie mi parapetu do stawiania kolejnych. 🙂

 

O obrączce z trawy

12 czerwca 2018

Takie dni mam aktywne, przeplatane smutkiem, zatrzymaniem, a nawet śmiechem. Jak wczoraj. Byłam – bo jestem tam co drugi dzień – u Adama w Domu Seniora. Siedziałam na ławeczce, musiałam troszkę poczekać. Jest tam pięknie: drzewa, krzewy, kwiaty. Myślałam o oście, który sfotografowałam w kwietniu, gdy dopiero co ukazał się pośród traw. Był taki piękny, że napisałam nawet o nim wierszyk do fotografii. Nie ma ostu, kosiarka go ścięła, a te inne, które zostały, wcale nie są piękne, tylko jakieś takie wyleniałe. Trawa też ścięta poza niektórymi trawkami, które ukryły się w pobliskim krzewie. Zerwałam trzy trawki i zaczęłam pleść, jak zwykle, od dzieciństwa. Uplotłam obrączkę, taką śmieszną – obrączkę z wąsikami. Gdy przyszłam już do pokoju Adama włożyłam mu tę obrączkę na palec serdeczny, bo tej naszej, ze ślubu nie miał. – Gdzieś ty podział obrączkę? – spytałam. – Nie masz? No to zaślubiam cię tą trawiastą. Patrzę, a Adam cały w uśmiechu, a w tle, z korytarza, leci z płyty Laskowski i jego: „a na imię miała właśnie Beata”… Przypomniało mi się tak wiele z naszych wczesnych, małżeńskich lat. I takie wspomnienia zostaną na zawsze. Wiem to, po ostatniej przed śmiercią rozmowie z moim tatą. Widzę przed sobą dużą świetlicową szpitalną salę, za oknem drogę na Karczówkę w Kielcach i pikujące jaskółki. I rozmowa – jak nigdy z moim tatą – o miłości, że tak jej potrzeba w życiu.

Przedwczoraj, tak dla zabawy

uplotłam obrączkę z trawy.

Zaśmiałeś się tak serdecznie,

na zawsze i ostatecznie…

Okrągłości jubileuszowe

7 czerwca 2018

W wiankuWłaśnie dostałam wiadomość, że robimy tysięczny – 1000 – numer „Gazety Ubezpieczeniowej”! Z drugiej, masońskiej strony, szykuję się do wydania „Wolnomularza Polskiego”  na jego 25-lecie. Jedno wydarzenie w czerwcu, drugie w sierpniu. Aż prosi się o jakieś podsumowanie. Czasu mam wiele, bowiem bieżące redagowanie GU należy już do Oli, ja tylko zdalnie planuję numery, ale to praca na pół gwizdka, całość odpowiedzialności spada na nią. Redagowanie kwartalnika, jakim jest „Wolnomularz Polski” to dla starej redaktorki (38 lat w branży), to małe piwo przed śniadaniem i sama przyjemność. Gazeta jest jedynym tygodnikiem w branży ubezpieczeniowej, a  -Wolnomularz jedynym takim kwartalnikiem w polskiej masonerii. Nie raz – przyznam się bez bicia – chciałam rzucać i jedno, i drugie. Nie  rzuciłam. Wytrwałam. Trwam. Ostatnio na FB gdzieś przeczytałam i nawet udostępniłam dojmujące wyznanie Steva Jobsa, który ze szpitalnego łóżka oceniał swoje pełne sukcesów zawodowych i finansowych życie. I napisał, że z życia „prawdziwego” miał niewiele, że za mało było tam miłości i przyjaźni. Tak, nigdy za wiele miłości i przyjaźni – to słowa akuratne na moje skromne jubileusze.

Oblicza pamięci

6 czerwca 2018

 

Piękna była dzisiaj uroczystość, choć wiało z Północy, że po pół godzinie zebrani przy ul. Zgody 13 w Warszawie czuli się jak sople lodu. Na ścianie domu została odsłonięta tablica pamięci Piotra Kuncewicza, literata i masona, zmarłego w 2007 r. Ja nie znałam brata Piotra dobrze, więc byłam raczej bierną obserwatorką wydarzeń. Byli jednak wśród nas ludzie, którzy się z Piotrem Kuncewiczem przyjaźnili, byli z nim razem w ZLP czy masonerii. Jestem zachwycona jego książką Goj patrzy na Żyda, przeczytałam i zawiozłam mamusi. Dzisiaj o masonach było prawie cicho 🙂 . Każdy ponoć wiedział, że o tym się tutaj nie mówi, zwłaszcza że nawet ksiądz, duszpasterz środowisk twórczych przybył z modlitwą. Więc szło wszystko ładnie aż do momentu, gdy głos zabrał krytyk literacki i pisarz Leszek Żuliński (na fotce), który o ustaleniach masońskich nic nie wiedział, bo i skąd? – i rąbnął: – A czy wiecie Państwo, że Piotr był masonem? I że chciał mnie wciągnąć? ale że nic z tego w końcu nie wyszło? Śmiać mi się chciało okropnie, że tę naszą masońską skromność i powściągliwość diabli wzięli. Popędzałam zaraz potem za Panem Leszkiem i pogawędziliśmy kilka minut (szczękając oboje zębami z zimna) o Drogim Nieobecnym. W trzech słowach opowiedziałam też o nas, masonach, że takie odmłodzone towarzystwo się zrobiło, na co pan Leszek bardzo się ucieszył, bo myślał,. że wraz z odejściem takich koryfeuszy i humanistów jak Piotr Kuncewicz, masoneria gdzieś się rozpłynęła. A tu – nic z tych rzeczy….

Czego żałujemy…

3 czerwca 2018

Postanowiłam codziennie zredagować co najmniej 2 miesiące „starej Aszery”. W tym tempie  będę miała całość do korekty już latem. Doszłam dziś do swych urodzin sprzed 5. lat i przypomniałam sobie ważny wpis. Dziś jawi mi się jako jeszcze ważniejszy, no bo przecie bliżej mi niż dalej…

5 rzeczy, których ludzie żałują w chwili śmierci;:

– Najbardziej żałuję, że… – pracownica hospicjum spisała najczęściej powtarzające się wyznania osób, które umarły na jej rękach. W ten sposób powstała lista pięciu rzeczy, których najczęściej żałują umierający. Oto one:

1. Żałuję, że nie miałem śmiałości prowadzenia takiego życie, jakie uważałem za słuszne, a prowadziłem takie, jakie oczekiwali ode mnie inni. – Tego ludzie żałują najczęściej. Gdy zdają sobie sprawę, że ich życie jest już prawie skończone, mogą łatwo dostrzec, jakich marzeń nie zrealizowali. Większość osób nie próbowała spełnić nawet połowy ze swych marzeń – mówi autorka listy, pracownica niemieckiego hospicjum, cytowana przez portal chn24.pl.

2. Żałuję, że tak dużo pracowałem. – Tego rodzaju uczucie wyrażał każdy pacjent płci męskiej, jakim się opiekowałam. Niektóre kobiety również wyrażały tego rodzaju żal. Jednak ponieważ większość z nich należała do wcześniejszego pokolenia, nie zajmowały się one zarabianiem na rodzinę – komentuje pracownica hospicjum.

3. Żałuję, że nie miałem śmiałości, by wyrazić swoje uczucia. – Wiele ludzi przygaszało swoje uczucia, żeby zachować określone relacje z ludźmi. Pojawienie się wielu chorób miało związek z doświadczanymi przez nich uczuciami goryczy i oburzenia – mówi kobieta i dodaje, że tłumiony stres jest najgorszym z możliwych uczuć. 

4. Żałuję, że nie utrzymywałem relacji z przyjaciółmi. – Często ludzie nie zdawali sobie sprawy, jaką korzyść czerpią z utrzymywania kontaktów ze swymi przyjaciółmi. Zrozumieli to dopiero, gdy zostało im kilka tygodni do końca życia – tłumaczy pracownica hospicjum. 

5. Żałuję, że nie pozwoliłem sobie być szczęśliwym.– Wiele ludzi z powodu lęku przed zmianami udawało przed innymi i przed samymi sobą, że byli zadowoleni ze swojego życia – tłumaczy opiekunka i dodaje, że tak naprawdę umierający ciągle bali się, że stracą to co mają.
Jest to jeden z najbardziej znaczących tekstów, jakie w życiu przeczytałam.

Nowa Aszera

2 czerwca 2018

Mój Paryż1To będzie pierwszy wpis w tomie II Aszery, żony Pana Boga”. Jest sprzed 5. laty:

20 lat minęło… 27 Maj 2013: 20 lat temu o tej porze wcale nie wiedziałam, że biorę właśnie wielki zakręt życiowy, że dotychczasowa droga dziennikarska załamie się, że rozpoczynam coś nowego, co zmieni mnie i skieruje ku innym gwiazdom. Skąd te refleksje? Była dzisiaj u mnie siostra z Paryża, która 20 lat temu jako pierwsza rozmawiała ze mną o możliwości wstąpienia do francuskiej masonerii kobiecej, a konkretnie do paryskiej loży Róża Wiatrów. Jesteśmy obie 20 lat starsze i bardziej doświadczone. Gdzie bym była dziś, gdyby nie tamta rozmowa? Jestem Jej wdzięczna i spokojna co do przyszłości tego, co Ona zaczęła w Polsce, a co ja – mniej lub bardziej konsekwentnie – ciągnę, jak umiem. W każdym razie – dziękuję Ewo.

Mogę napisać: jesteśmy już o 25 lat starsze… Nic się nie zmieniło: Budujemy nadal nasze masońskie dusze i nasze warsztaty. Ewa przyjeżdża do Polski w przyszłym tygodniu. Potem będę Ją gościć u siebie w domu – wiele razy byłam w jej mieszkaniu w Paryżu. I mam nadzieję, że jeszcze będę! Słowa „Dziękuję Ewo” są wiecznie żywe zatem. 🙂

PS Na zdjęciu ja (z lewej) z Ewą (z prawej) oraz Dominiką (w środku), przebywającą już na Wiecznym Wschodzie. Jest wrzesień 1993 r.