Archive for Luty 2012

Czyste ręce

29 lutego 2012

Zapytał mnie ktoś ostatnio, skąd nagle wzięła mi się ta jawność, ta przeźroczystość, takie zamiłowanie do ukazywania „kuchni masońskiej”. I nie było to neutralne pytanie, tylko podszyte pewną nieufnością. Odpowiedziałam tak: Niedaleko mojej redakcji „profańskiej”, zaraz za budynkiem Ministerstwa Pracy na ul. Brackiej w Warszawie jest piekarnia pana Lubaszki. To taki sklep, w którym tworzą się kolejki: w soboty, przed świętami, a i bez okazji. Przechodzę tam codziennie, lubię i pieczywo, i świeży sok z marchwi. No i nieraz – siłą rzeczy – stoję w kolejce. Razu pewnego zobaczyłam tuż przy suficie telewizor. Zainteresowałam się programem. A na ekranie były bułki i bułeczki, chlebki, strucle, babki – wszystkie w trakcie roboty. Było widać także mnóstwo rąk, trochę nieraz pomączonych, które wygniatały, klepały, wyciągały, układały te specjały. Wszystkie były czyste. I ten widok czystych rąk utkwił we mnie. I chcę, aby moja Aszera oraz profil „Wolnomularza Polskiego” na Facebooku były takim obrazem telewizora u pana Lubaszki, na którym moi czytelnicy widzą moje pracujące ręce. Czyste. I żeby lubili ten „chleb”, który wypiekam. I rozmawiali o tym ze mną, i dyskutowali, i doradzali, i sami pisali. Takie to proste.

Reklamy

„Wschód Wielkiego Wschodu” dla prenumeratorów WP

29 lutego 2012

Spotkanie z byłym Wielkim Mistrzem Wielkiego Wschodu Polski Waldemarem Gniadkiem było jak zwykle ciekawe i konkretne. Będzie nowym autorem  w Wolnomularzu – udostępni nam swoją pracę pt. Loże masońskie na Mazowszu. Wybrany fragment zamieścimy w WP nr 51 lub 52. To po pierwsze. Po drugie, do numeru jubileuszowego, 50., ofiaruje redakcji 50 egzemplarzy książki Wojciecha Giełżyńskiego pt. Wschód Wielkiego Wschodu, które przyślemy pierwszym pięćdziesięciu prenumeratorom naszego pisma. Kim jest Wojciech Giełżyśki? To współzałożyciel i pierwszy Czcigodny Mistrz loży Kultura na Wschodzie Warszawy. Kontynuuje tradycje rodzinne swego ojca – Witolda Giełżyńskiego (1886 – 1966), członka lóż: Wyzwolenie (Warszawa 1912), Wolni Oracze (Lublin 1912 – 1913) oraz Wolność Przywrócona (Warszawa 1920 – 1938).

Co robić?

29 lutego 2012

Coraz częściej do redakcji „Wolnomularza Polskiego” przychodzą maile z pytaniem, czy mamy jakieś archiwalne numery pisma, czy można je będzie nabyć, czy można mieć cały komplet. No i mamy kłopot. Numery archiwalne są, poupychane po szafach i szufladach. Jednych numerów jest kilka, innych kilkadziesiąt, a niektórych – obawiam się – nie mamy wcale. Są tzw. „Matki”, z których lata świetlne temu robiliśmy odbitki na ksero. Jak widać, nie jestem zawołaną archiwistką, choć przez lata porządkowałam na okrągło mnożące się papiery. Może jednak przysiąść fałdów, poprzetrząsać te szafy i pawlacze, złożyć do kupy i zobaczyć, czy da się z tego zrobić komplet „Wolnomularza Polskiego” od nr sygnalnego, poprzez 1 do 49? Mamy starego prenumeratora z Poznania, on ponoć ma wszystko… No i może zrobić „Złotą Księgę Wolnomularza Polskiego”, wydrukowaną na dobrym papierze, pięknie oprawioną, numerowaną… To właśnie drodzy Czytelnicy chodzi mi po głowie, gdy czekam na spotkanie z b. Wielkim Mistrzem WWP (zawsze przychodzi z pączkami od Bliklego :-)) i na spotkanie z Piotrem I – Łamaczem, który wieczorem zacznie prace nad WP 50.

Spotkanie w redakcji „Wolnomularza Polskiego”

28 lutego 2012

Przed chwilą wyszedł od nas Pan Paweł. Jest pierwszym prenumeratorem „Wolnomularza Polskiego”. Mieszka w Bielsku-Białej, pracuje w Krakowie, w interesach przyjechał do Warszawy i zaproponował spotkanie. Pierwszy, żywy prenumerator po latach! Pan Paweł jest informatykiem, masonerią interesuje się od dawna, także i z rodzinnych względów. Opowiedział nam, że jako dziecko ujrzał fotografię brata swojej babci, który tuż przed wojną wyjechał do Francji „za chlebem”. Nigdy do Polski nie wrócił. Pisał listy i przysyłał zdjęcia. Na jednym z nich był ubrany jakoś dziwnie: w fartuszku i z szarfą. Nikt z rodziny Pana Pawła nie wiedział, dlaczego wujo tak dziwnie się nosi. Po latach Pan Paweł zobaczył w telewizji program Wołoszańskiego o spiskowych teoriach dziejów. Występowali tam dziwni ludzie – wolnomularze. Minęło jeszcze kilka miesięcy i nagle – Eureka! Wujo z Francji był masonem! Dla Pana Pawła był to pierwszy szok. Drugi nastąpił, gdy z Wirtualnego Wschodu Wolnomularskiego dowiedział się, że masoni nie wyginęli dawno temu, ale żyją, zbierają się nadal w lożach i jest ich trochę nad Wisłą i Odrą. Ostatni szok Pan Paweł przeżył, gdy odnalazł na Facebooku profil „Wolnomularza Polskiego”. Po nitce do kłębka. Wypiliśmy dwie herbaty, daliśmy w prezencie archiwalny numer 3 naszego pisma z autografami i jesteśmy pewni, że od dzisiaj mamy zaprzyjaźnioną duszę, korespondenta, który pasjonuje się symbolami, a – kiedyś, może… – i brata?

Tatr wspaniały!

27 lutego 2012

Wspaniały Teatr Telewizji. Role Fronczewskiego i Pszoniaka kapitalne. Czułam się tak, jak wczoraj w kinie na Artyście. Film w nocy dostał 5 Oskarów. Pszoniakowi, Fronczewskiemu, Englertowi i Teatrowi Współczesnemu też daję 5. Acha, zabrakło… Ten piąty Oskar niech przypadnie kotu Pszoniaka. Mam łzy w oczach, choć nie znam nazwiska autora i tytułu sztuki, coś ze skarpetkami i opusem.

„Epoka” wolnomularska

27 lutego 2012

Szybko przyszła zamówiona przez internet książka Karola Czoka pt. Prasa związana z wolnomularstwem w dwudziestoleciu miedzywojennym na przykładzie periodyku „Epoka”. Wydawca jest niecodzienny – Muzeum Miejskie „Sztygarka” w Dąbrowie Górniczej. To miasto jest mi bliskie. Mieszkali niedaleko Dąbrowy moi dziadkowie, sam dziadek Stanisław Wolski był – jak najbardziej – sztygarem i o jego górniczym trudzie do tej pory w rodzinie pamiętamy. Większość pokolenia mego dziadka Wolskiego i babci z domu Baran pracowała w zagłębiowskich kopalniach. Dąbrowa Górnicza jest mi bliska jeszcze z tego powodu, że przed i w latach I wojny światowej działał tam jako lekarz dr Szymon Starkiewicz, pediatra, po wojnie twórca „Górki” w Busku-Zdroju. Starkiewicz był lekarzem z powołania, zwali go Judymem z Górki, a na dodatek masonem. Na spotkania lożowe jeździł do Sosnowca, gdzie w XX-leciu miedzywojennym istniała loża Staszic, o której kiedyś napiszę oddzielnie, bo aktywnym wolnomularzem był w niej nie tylko Tadeusz Gliwic, działający po wojnie w loży Kopernik, ale i rodzony kuzyn Stanisława Wyspiańskiego.

„Epoką” – dziennikiem i tygodnikiem sama interesowałam się wiele lat temu, kiedy szukałam śladów publicystyki Tadeusza Boya-Żeleńskiego. „Epoka” była w tym pomocna, bardzo broniła Boya przed atakami, ale że była związana z wolnomularstwem wiedziałam tylko pośrednio, poprzez jej katolickich adwersaży  z „Polaka katolika”, którzy wszędzie wietrzyli masonów, ale w tym przypadku – jak się okazuje – całkiem słusznie. I jeszcze jeden powód mej ciekawości: „Epoka” po wojnie odrodziła się, ale nie jako periodyk lecz jako wydawnictwo Stronnictwa Demokratycznego. U przedwojennych korzeni SD byli także masoni, z prof. Michałowskiem na czele. Z SD był także związany badacz masonerii z czasów Polski Ludowej Leon Chajn. Z SD wreszcie wywodzi się grupka współczesnych nam masonów, wśród których jest red. nacz. „Wolnomularza Polskiego”, czyli mój mężo/brat Adam W. Wysocki. I z tych to wszystkich, licznych powodów z największą przyjemnością sięgnę po książkę bliżej mi nieznanego Karola Czoka. Co przeczytam i wymyślę – opiszę w 51 numerze „Wolnomularza Polskiego”. 🙂

Jeszcze Polska nie zginęła

26 lutego 2012

Jeszcze Polska nie zginęła, kiedy my żyjemy! Dziś Dzień Mazurka Dąbrowskiego. Obrazek ze słowami wzięłam z Facebooka, gdzie to umieścił jakiś Patriota – żadnych śmichów – chichów, piszę poważnie. Dla masonów polskich to ważny dzień, gen. Jan Henryk Dąbrowski to mason wysokiego szczebla, polskich i niemieckich lóż. Twórca hymnu Józef Wybicki takoż.

Mason z komórką

26 lutego 2012

Zapytacie pewnie, dlaczego tak głupawy tytuł dałam dzisiejszmu wpisowi? Owszem, banalny dzisiaj, ale wcale nie banalny 19 lat temu, kiedy poznałam pierwszego Czcigodnego Mistrza loży Wolność Przywrócona, w której został inicjowany mój mąż. Urządziliśmy  po tym w domu małe stojące przyjątko. Nie pamiętam w ogóle, kto na nim był. Pamiętam jedynie to, że czekaliśmy wszyscy na NIEGO. Brat C. był człowiekiem w sile wieku, postawny, przystojny, był bankowcem – tyle wiedziałam. I nagle – dzwonek. Jest! No i pamiętam to jego wejście z pączkami od Bliklego, które wykładałam na talerz. Zapamiętałam też komórkę, bo to była pierwsza komórka u żywego człowieka, którą zobaczyłam w życiu. Duża, na takim paseczku, w który można było włożyć dłoń, aby komórka nie wypadła. Tak więc Czcigodny Mistrz loży Wolność Przywrócona stał się dla mnie nie tylko powiewem nowych, masońskich czasów w naszym domu, ale i nowej technologii. Miał piękny uśmiech i był człowiekiem niezwykle uczynnym. To on właśnie stał za pierwszym komputerem naszej córki Oli, tzn. wgrał do komputera wszystko co potrzeba. I dla mnie, i dla Adama komputer  w roku 1994 r. to było ciało obce. Komputerowa stawała się błyskawicznie nasza Ola. Po kilku kolejnych latach to ona będzie łamać „Wolnomularza Polskiego” (brat C. był zawsze jego wielkim fanem, czego nie można powiedzieć o wszystkich naszych braciach), a teraz stać za całym internetowym obliczem WP. Jestem więc bardzo wdzięczna bratu C. To do niego właśnie dodzwonniono się z Paryża w 1993 r., szukając kobiecych kontaktów nad Wisłą. Przez Adama trafiono na mnie.

Po Wolności Przywróconej była loża Europa na Wschodzie Warszawy. A potem straciliśmy się z oczu. Dawno, dawno go nie widziałam. Przeszedł ponoć do  konkurencji, czyli do jednej z lóż „narodowych”. Przyczyn odejścia nigdy nie zgłębiłam i nawet nie próbowałam zgłębiać. Nieraz lepiej zostać nieświadomym.

Moje koty

25 lutego 2012

Na razie moje wierszyki o kotach Pati i Rysiu oraz wnuczce Emilce czytali: rodzina w postaci męża, córka Ola (łamaczka), Grażynka i Krysia (fryzjerki), Marat N. dyrektor dużej instytucji finansowej i pani  Lucynka, nasza gospodyni. Koty obroniły się.

PS Sama Emilka przewróciła okładkę do góry nogami i zauważyła, że Rysiu ma duże oko. – Wszystko tak jak było?  – spytałam wnuczki. Ona skinęła głową, ale  że jest dokładna, wypatrzyła jedną, jedyną nieścisłość: poduszkę w Zalesiu potargał nie kot, a pies. Przyznałam się do poetyckiego naciągnięcia faktów, bo pies nie pasował do konwencji, stąd psie zęby zamieniły się w kocie pazury. Ale piórka latały po całej działce. Nic nie zmyśliłam. Miau 🙂

Rozwój każdej duszy wzbogaca samo Źródło

25 lutego 2012

W dzisiejszej „Gazecie Wyborczej” ciekawy ciąg dalszy dyskusji o wierze, Bogu, złu i cierpieniu. List do redakcji napisała także Barbara Labuda: „A gdyby przyjąć taką oto, nieprzyjemną hipotezę – pisze na początku. Otóż owa Wyższa Świadomość (Źródło, Absolut, Bog) celowo powołuje wypaczony świat, abyśmy musieli ewoluować, przekształcając zarówno siebie wewnętrznie, jak i nasze fizyczne, ziemskie otoczenie. Z rozmysłem umieszczani jesteśmy w niedoskonałej rzeczywistości, abyśmy w trakcie procesu jej poznawania i przeżywania poznawali też, przemieniali i doskonalili siebie. Zło ma być dla nas wyzwaniem. Inaczej nie mielibyśmy żadnego powodu ni motywacji do poprawiania tej rzeczywistości, rozwijania się i mierzenia swego postępu na duchowej ścieżce. Taka koncepcja jest trudna do zaakceptowania – podkreśla Labuda – bo zakłada świadomy plan, w którym cierpienie i przemoc pełnią zaaprobowane funkcje, a zło traktowane jest jako instrument edukacji”. Autorka kończy zaś swoje rozważania tak: „Jeśli przyjąć, że wszystko we Wszechświecie stanowi jedność, to rozwój każdej duszy wzbogaca również Źródło. Inaczej mówiąc, Bóg ewoluuje wraz z nami, bilionami ludzkich dusz. Taki jest chyuba sens naszych trudów i zmagań, przeżywania strasznych i wspaniałych chwil oraz doskonalenia siebie”.

Bliska jest mi ta wizja i koncepcja ewolucji nas, Ludzkości i Boga pospołu. Poznałam Panią Barbarę na początku lat 90-tych. Zbliżyło nas środowisko pisma „Bez dogmatu”. Od tego czasu zmieniłam się bardzo ja, a sądząc z zacytowanego tekstu, także i Barbara Labuda.